Bankrutuje Dubaj! - krzyczały 25 listopada pierwsze strony gazet na całym świecie.
Dubaj, jeden z siedmiu emiratów tworzących Zjednoczone Emiraty Arabskie, w odróżnieniu od swych sąsiadów jest mało zasobny w ropę i gaz. Większość dochodów osiąga z turystyki, usług finansowych i nieruchomości - ogromnych wieżowców budowanych na sztucznych wyspach. Największą firmą Dubaju jest powiązany z państwem holding Dubai World kontrolujący dziesiątki spółek. W okresie boomu Dubaj korzystał z łatwego kredytu, realizując zapierające dech projekty architektoniczne - wyspy w kształcie palm i kryte dachem kurorty narciarskie. Ambitny władca emir Muhammad ibn Raszid Al-Maktum marzył o przekształceniu dawnej rybackiej wioski w najnowocześniejszą stolicę świata arabskiego. Gorączka na rynkach finansowych generowała fenomenalny wzrost gospodarczy emiratu, który stał się ważnym centrum operacji bankowych. Światowy kryzys nie ostudził zapału menedżerów znad Zatoki Perskiej. Już po katastrofie banku Lehman Brothers, gdy banki finansujące inwestycje budowlane wpadły w panikę, Dubai World przedstawił plany budynku wysokiego na kilometr.
Jednak w końcu listopada holding poprosił inwestorów finansujących jego pomysły o zgodę na odroczenie spłaty długów. 1 grudnia minister finansów Abdulrahman Al-Saleh oświadczył, że rząd Dubaju nie zamierza gwarantować długów holdingu. - Wierzyciele odpowiadają za swoje decyzje i powinni umieć rozróżnić między spółką a państwem - dodał.
Rząd Dubaju umywa ręce - udaje, że nie ma nic wspólnego z pożyczkami zaciąganymi przez Dubai World. Nie po raz pierwszy naiwność wierzycieli została obnażona. Inwestorzy byli przekonani, że państwo weźmie na siebie całość zobowiązań powiązanych z nim spółek. A agencje ratingowe wprawdzie ostrzegały przed nadciągającym kryzysem, ale dług państwa i powiązanych z nim spółek traktowały jako całość. Dubaj ma bogatych krewnych w sąsiednich emiratach, na pewno mu pomogą - myśleli inwestorzy, którzy uważali państwa nad Zatoką Perską za bezpieczną przystań.
Państwa padają, nie znikają Kraje wprawdzie znikają z politycznej mapy znacznie rzadziej niż korporacje, ale całkiem często ogłaszają niewypłacalność. W świecie finansów nazywa się to bankructwem. Najczęstszym powodem - obok wojen i rewolucji - są kryzysy finansowe.
Finansowe upadłości zaliczyły państwa, które dziś uchodzą za wzór stabilności. Hiszpania między rokiem 1500 a 1900 ogłaszała niewypłacalność 13 razy, Francja bankrutowała ośmiokrotnie. Niemcy w XIX w. bankrutowały w latach 1807, 1812, 1813, 1814 i 1850, a w XX w. dwukrotnie. Bankructwa zaliczyły Austria i Holandia, nie mówiąc już o znacznie słabszych: Grecji, Portugalii, Bułgarii, które wielokrotnie ogłaszały niewypłacalność.
Nawet Stany Zjednoczone mają na swym koncie dwa przypadki, które można nazwać niewypłacalnością. Jeszcze na początku XX w. papierowe banknoty z portretami prezydentów były kwitami dłużnymi, które bank centralny zobowiązywał się wymienić na życzenie posiadacza na złoto. W 1934 r. administracja Roosevelta zawiesiła wymianę papierowych dolarów na złoto, a w 1971 r. Nixon to samo uczynił w stosunku do należności innych rządów wobec USA. Nie były to bankructwa klasyczne, ale mimo wszystko nastąpiło złamanie przyjętych wcześniej wobec wierzycieli zobowiązań.
Klasyczną upadłość przeżyło natomiast kilka stanów. W latach 20. i 30. XIX w. stanowe rządy w USA podjęły ogromne prace nad budową infrastruktury, inwestując w budowę dróg, kanałów, kolei żelaznych. Wydatki finansowano pożyczkami, których łączna wartość sięgnęła 198 mln dol. Na początku lat 40. dziewięć stanów ogłosiło, że nie jest w stanie spłacać długów. Ich bankructwa przyspieszyła panika na rynkach finansowych w 1837 r. Cztery stany po prostu odmówiły spłaty zobowiązań, a inne przystąpiły do ich renegocjacji. Wśród bankrutów były takie szacowne stany, jak: Floryda, Luizjana, Maryland, Pensylwania. Ta ostatnia miała dług największy - 33 mln ówczesnych dol. - którego duża część zaciągnięta była za granicą, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii.
"Gdy spotykam mieszkańca Pensylwanii na przyjęciu w Londynie, nie mogę oprzeć się pokusie, by podejść do niego i zapytać, jak czuje się przy angielskim stole, wiedząc, że jest winny każdemu z obecnych 1 lub 2 funty" - cytuje Max Winkler w książce "Foreign Bonds. An Autopsy: A Study of Defaults and Repudiations of Government Obligations" wypowiedź pewnego inwestora.
Tylko w ostatnich dwóch stuleciach - od 1800 r. do dziś - zdarzyło się około 170 przypadków ogłaszania niewypłacalności krajów zarówno w stosunku do wierzycieli wewnętrznych, jak i zagranicznych. Przeszły cztery fale bankructw. W latach 20. XIX w. bankrutowały młode państwa, które dopiero co uzyskały niepodległość: Kolumbia, Chile, Peru, Prowincja Buenos Aires, Brazylia, Meksyk, Gwatemala i Grecja. Kolejna fala w latach 70. XIX w. pogrążyła m.in. Egipt i Turcję. Lata 20. i 30. XX w. to okres zamieszania na rynku długu państwowego, wynikającego z upadku czterech imperiów, pojawienia się kilkudziesięciu nowych państw i kryzysu finansowego lat 30. Wreszcie lata 80. XX w. to kryzys zadłużenia krajów Ameryki Południowej, a także Polski i kilku innych państw obozu sowieckiego.
Obecny kryzys finansowy spowodował ogromne straty w sektorze bankowym, ale jak na razie nie doprowadził do fali bankructw. Tyle że rządy, ratując swoje gospodarki, zaciągnęły ogromne długi, czego skutki poznamy za jakiś czas.
Uwaga, król bywa goły Gdy firma ogłasza, że nie jest w stanie spłacić długów, wierzyciele przejmują jej majątek i zostaje ona wykreślona z rejestrów. Procedury upadłości pilnuje sąd i aparat państwowy. Ale kto ma do oddania długów zmusić państwo? Wkraczamy w obszar czystej polityki, która bywa niebezpieczna.
Rządzona przez Kapetyngów średniowieczna Francja byłaby krajem szczęśliwym i zamożnym, gdyby jej władcy nie mieszali spraw ziemskich z duchowymi. W grudniu 1244 r. król Ludwik IX, który przeszedł do historii jako Ludwik Święty, zachorował na malarię. Obawiając się rychłej śmierci, złożył ślubowanie, że w razie powrotu do zdrowia uda się na wyprawę krzyżową. Gdy tylko stanął na nogach, przystąpił do przygotowań. Próbując zdobyć twierdzę Al-Mansura, wraz z kwiatem rycerstwa francuskiego dostał się 6 kwietnia 1250 r. do niewoli. Wykupienie go kosztowało jego żonę Małgorzatę 400 tys. liwrów, gdy roczne dochody skarbu wynosiły zaledwie 250 tys. (liwr zawierał 8,271 g czystego złota). Już w 1270 r. Ludwik zorganizował następną wyprawę, która zakończyła się epidemią dżumy, a ofiarą padł sam król.
Jego syn Filip III wziął udział w tzw. krucjacie aragońskiej, zorganizowanej za namową
papieża Marcina IV przeciwko królowi Aragonii. Kosztowała ona królewski skarbiec ponad milion liwrów - wielokrotność rocznych dochodów.
Wnuk Ludwika Świętego Filip IV Piękny dostał w spadku ogromny dług, którego dużą część stanowiły zobowiązania wobec zakonu templariuszy. Była w tym jakaś ironia i niesprawiedliwość - zakon założono dwa wieki wcześniej dla obrony pielgrzymów zmierzających do Ziemi Świętej, rycerze-zakonnicy ślubowali życie w ubóstwie i czystości. Ale w wyniku wypraw krzyżowych i nadań przez licznych władców stali się potęgą militarną i finansową, podczas gdy królewskie skarbce były puste.
Filip próbował łatać dziury w budżecie, rekwirując w 1306 r. wszystkie nieruchomości należące do Żydów, wśród których byli bogaci kupcy i finansiści wspomagający królewski skarb pożyczkami. Król za namową doradców wpadł też na całkiem nowoczesny i zupełnie nieuczciwy pomysł oddłużenia. Postanowił dług zdewaluować, bijąc monety z mniejszą zawartością kruszcu. Wreszcie postanowił rozprawić się z głównym wierzycielem. W piątek 13 października 1307 r. na rozkaz króla aresztowano członków militarnego zakonu. Na pamiątkę tej daty do dziś piątek trzynastego jest uważany za datę pechową. 54 templariuszy z wielkim mistrzem Jakubem de Molay spłonęło na stosie, a wraz z nimi długi Filipa Pięknego.
Niemcy bagnetami zmuszają Francję do płacenia Skoro poddani wiedzą, że władca, zamiast oddać dług, może ich skrócić o głowę - a w każdym razie dług będzie trudny do wyegzekwowania - to dlaczego pożyczają mu pieniądze? Wybitny francuski historyk Ferdynand Braudel, który dokładnie badał finansowe problemy króla hiszpańskiego Filipa II (panował w latach 1556-98 i w czasie jego rządów imperium hiszpańskie znajdowało się u szczytu świetności), uważał, że prowadził on z bankierami grę, w którą bankructwo było z góry wkalkulowane. Gdy zniechęcili się do niego Niemcy, pożyczał od Włochów, potem od Hiszpanów, wreszcie od Portugalczyków. Dlaczego jednak kolejne bankructwa nie uczyły bankierów większej ostrożności? Pewnie dlatego, że chciwość i nadzieja na dobre kontrakty zawsze biorą górę nad ostrożnością.