Biznes Ludzie Pieniądze

Na rynku nie ma sentymentów

rozmawiała Dominika Wielowieyska
04.01.2010 , aktualizacja: 04.01.2010 16:46
A A A Drukuj
Albo jesteś na wierzchu, albo toniesz. Jak znaleźć tę równowagę między potrzebami firmy, odpowiedzialnością za ludzi, których zatrudniasz, a zasadami moralnymi? O tym dyskutujemy i tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Są i takie dylematy, z którymi mąż musi pójść do swojego spowiednika - mówi Iwona Beaupré, żona przedsiębiorcy Piotra Beaupré, który inwestuje w wiatraki, pralnie, gospodarstwa rolne, reklamę, pijalnie czekolady i biznes outsourcingowy
Iwona Beaupré z córkami - Agnieszką i Zosią
Iwona Beaupré z córkami - Agnieszką i Zosią
Dominika Wielowieyska: Czy na początku małżeństwa ustaliliście, że mąż utrzymuje dom, a pani nim zarządza i zajmuje się dziećmi? To taki krakowski, konserwatywny model rodziny.

Iwona Beaupré: - Nie. Umówiliśmy się, że kto pierwszy chwyci wiatr w żagle, ten utrzymuje rodzinę. Ukończyłam konserwację sztuki i w latach 90. taki fach w Krakowie dawał dobre pieniądze. Wyszłam za mąż na studiach, dyplom robiłam w ciąży z drugim dzieckiem.

Moja profesja przestała być jednak tak lukratywna, a mąż zaczął więcej zarabiać. Zrozumiałam, że on - by być skutecznym - nie może brać na siebie wielu obowiązków. Musiałam przejąć większość z nich. Póki mieszkaliśmy w Krakowie, pracowałam jako konserwator zabytków. Gdy przenieśliśmy się do Warszawy, nie znalazłam już pracy. Byłam tym przygnębiona. Uczyłam więc prywatnie rysunku. Maluję w wolnych chwilach. I zajmuję się dziećmi. Najstarszy syn studiuje w Londynie, starsza córka zdaje maturę, najmłodsza jest w podstawówce.

Czuje się pani rozczarowana?

- Nie jestem spełniona zawodowo. Ale to był kompromis.

Co by na to powiedziały feministki?

- Każda kobieta powinna sama dokonać wyboru. Nie powinna ulegać presji ani środowisk konserwatywnych, ani lewicowych czy liberalnych. Nie ma "jedynie słusznych decyzji".

Jeżeli ktoś mówi, że moje miejsce jest w kuchni, to nie ma zgody. Ale taki sam sprzeciw budzi pogląd, że kobiety, które chcą zajmować się tylko rodziną, są niewiele warte, bo spełnieniem jest tylko praca. Wierzę głęboko, że bycie w domu z dziećmi może dać poczucie wypełnionej misji. Wychowywanie dzieci jest twórcze!

Oczywiście lepiej mieć też choćby skromną możliwość realizowania swoich zainteresowań, umiejętności. Byłoby cudownie gdyby wysiłek ustawodawców szedł w kierunku ułatwienia kobietom godzenia kariery i macierzyństwa. Ciągle nie wiem, co stoi na przeszkodzie tworzenia przy firmach miniprzedszkoli i żłobków. Nie ma ich w biurowcu mojego męża ani - z tego, co wiem - w budynku Agory.

Jak wygląda pani dzień?

- Jeśli mąż nie może odwieźć najmłodszej córki, robię to ja. Potem mam godzinę dla siebie: na śniadanie i przeczytanie gazet. Potem maluję, co uwielbiam. Druga część dnia to przywiezienie Zosi ze szkoły, odrabianie lekcji, masa zajęć domowych. Nasze wieczory są skromne. Piotr pracuje do później nocy i żeby gdzieś wyskoczyć w tygodniu, muszę to ustalać z jego asystentką. Ale weekendy są nasze.

Chyba że mąż wybrał akurat dachowanie na rajdzie samochodowym.

Ostatnio jeździ rzadziej, miłość do inwestowania zwycięża, a rajdy to hobby kosztowne. Ale wcale mnie to nie cieszy. Uważam, że facet powinien mieć pasję. Dlatego nigdy nie odwodziłam go od rajdów, choć wiem, że to niebezpieczne, ale skoro to go tak kręci. Wraca szczęśliwy, z nową energią.

Pani filozofia wychowywania dzieci?

- Generalna zasada, także zresztą w relacjach z mężem: trzeba rozmawiać. Wysłuchać tego, co dzieci mają do powiedzenia, także krytyki, jeśli jest w formie akceptowalnej. Bo szacunek do rodziców jest ważny.

Czy doradza pani mężowi w jego sprawach zawodowych?

- Tylko gdy jego biznes dotyka dylematów moralnych. I trudno to nazwać doradzaniem, dyskutujemy. Na sprawach biznesowych się nie znam, Piotr nie liczy na moje rady.

Czy te dylematy pojawiają się często?

- Tak i są nieuniknione w przypadku myślącego katolika. A my jesteśmy takimi krakowskimi katolikami wychowanymi na "Tygodniku Powszechnym" i na idei Kościoła otwartego.

Niedawno Piotr musiał powiedzieć osobom, które lubi i ceni, że je zwalnia. Na rynku toczy się walka, nie ma sentymentów. Albo jesteś na wierzchu, albo toniesz. Jak znaleźć tę równowagę między potrzebami firmy, odpowiedzialnością za ludzi, których zatrudniasz, a zasadami moralnymi? O tym dyskutujemy i tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Są i takie dylematy, z którymi mąż musi pójść do swojego spowiednika.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów