Namówiłam przedsiębiorcę Piotra Beaupré, który inwestuje w wiatraki, pralnie, gospodarstwa rolne, reklamę, pijalnie czekolady i biznes outsourcingowy na rozmowę o jego drodze do dużych pieniędzy. Nie był przekonany, bo wyznaje zasadę: "Tiszej jediesz, dalsze budiesz". Ale zgodził się, że może warto odczarować wizerunek biznesmena, który w Polsce kojarzy się z aferami, oszustwami podatkowymi i zawłaszczaniem państwowego majątku.
Dominika Wielowieyska: Jest pan Francuzem? Piotr Beaupré: - Nie, stuprocentowym Polakiem z Krakowa z francuskiej rodziny, która ponad 200 lat temu przywędrowała do Polski za sprawą konfederacji barskiej, a potem rewolucji francuskiej.
Antoni Józef Beaupré (1800-72), lekarz, dwukrotnie zsyłany za swoją działalność na Syberię - to... - ...mój prapradziadek, półkrwi Francuz. Mając trzydzieści kilka lat, uczestniczył w spisku Szymona Konarskiego na życie cara Mikołaja I. Jego syn, też Antoni, był redaktorem ultrakonserwatywnego "Czasu" w Krakowie. Jestem też praprawnukiem Zenona Klemensiewicza, jednego z założycieli PPS, przyjaciela marszałka Piłsudskiego.
Z takimi korzeniami wybrał pan biznes. - W 1989 r. wróciłem z zarobkowej włóczęgi po Europie z 10 tys. dol. Z trzema wspólnikami zainwestowaliśmy w elektronikę samochodową, która mnie specjalnie nie interesowała i - z mojej tęsknoty za sztuką - w agencję reklamową.
Jest pan niewyżytym artystą? Żona jest konserwatorem dzieł sztuki i maluje.
Kup pan tramwaj 1989 r. to była pełna postkomuna. Kto wtedy myślał o reklamie? - Był problem. Kraków otrzymał w darze 30-letnie tramwaje, które miały niemieckie reklamy, więc MPK chciało je przemalować. Zaproponowaliśmy, że znajdziemy chętnych do reklamowania się. Poszliśmy do największego dystrybutora
Sony. Mówię, że mamy tramwaj, a na nim reklamę Sony, tyle że z niemieckim adresem. Możemy zostawić Sony i dopiszemy adresy pana sklepów. Spojrzał z politowaniem: "Panie, po co ja mam się reklamować, widzisz pan tę kolejkę?". Ubłagaliśmy jednak kilka firm, by dały reklamę, za której wykonanie zapłacimy my. Liczyłem, że może inni powiedzą: jak reklamuje się X i Y, to i ja powinienem.
Ciekawy biznes - zero dochodów, same wydatki. Początkowo elektronika samochodowa finansowała agencję, ale w końcu i reklama ruszyła.
Za 120 tys. marek sprowadziliśmy ploter do wycinania liter, wtedy - wydarzenie. Mieszkanie w Krakowie kupowało się za 30 tys. Teściowie płakali, że zbankrutujemy, ale zagwarantowali kredyt swymi oszczędnościami.
Ryzyko się opłaca? - W tamtych szalonych czasach bardziej pewnie niż dziś. Do Krakowa przyjechał przedstawiciel Philip Morrisa, miał reklamować papierosy na kioskach Ruchu. Jak zobaczył naszą piwnicę, chciał uciekać, ale pokazaliśmy ploter i został. Gdy już zainwestowaliśmy masę pieniędzy, to Sejm zakazał reklamy papierosów i piwa. Rynek zawalił się o 40-50 proc. A do tego weszły do Polski międzynarodowe agencje, które miały sieciowych klientów. Przebicie się było poza naszym zasięgiem. Postawiliśmy więc na marketing bezpośredni i PR. Robiliśmy proste promocje sprzedażowe z hostessami, budowaliśmy wioski dla Winiar.
Chcieliśmy być pięć minut przed rynkiem i konkurencją, a do tego trzeba umieć wykreować popyt. Stworzyliśmy call-center.
Kiedy to było? W połowie lat 90. Poszliśmy do pewnej korporacji: "Na opakowaniach w USA jest numer 0-800 i my dla was takie call-center zrobimy". Szefem był Polak, który kilkanaście lat spędził w Stanach, więc miało pójść jak z płatka. A on pyta "What for? Mam osiem emerytek, odbierają telefony i informują o produktach". To my mówimy, by tam zadzwonić. Dzwonimy, dzwonimy. Nikt nie odbiera. Prosimy, by zadzwonił na naszą infolinię. Odbierają najpóźniej po trzech sygnałach. To go nie przekonało, więc mówię: "Poczekajmy, aż ktoś u pana odbierze". Dodzwoniliśmy się wreszcie i jego emerytka mówi: "Chwileczkę ", i krzyczy: " Zosia, chodź, bo wiesz, pytają o ten proszek". A moi przeszkoleni ludzie odpowiadali krótko i treściwie.