Vadim Makarenko: Co chce pan zrobić z "Wprost"? Jest numerem trzy na rynku tygodników, który się kurczy...
Michał Lisiecki: Jesteśmy na etapie porządkowania sytuacji formalnoprawnej. Później zaczniemy rozmawiać o strategii, spotykać się z redakcją. Jestem teraz w
USA, jadę do państwa Cimoszewicz, to jest duża sprawa, dla nas priorytetowa [sąd w
Chicago uznał, że wydawca "Wprost" ma zapłacić Małgorzacie Cimoszewicz-Harlan i jej mężowi 5 mln dolarów zadośćuczynienia za to, że w 2005 r. tygodnik zarzucił jej rodzinie nadużycia finansowe w związku z zakupem za pośrednictwem ojca - Włodzimierza Cimoszewicza - akcji PKN Orlen].
Zaproponujecie im ugodę? - Tak. Każdy próbowałby zrobić to na naszym miejscu. W AWR Wprost nawarstwiły się problemy prawne i finansowe, które wymagają
pracy.
Ma pan na myśli zawieranie ugód we wszystkich procesach? - Tak.
Dużo ich jest? - Niedużo, ale w mojej ocenie można było zająć się nimi nieco lepiej i nie zawsze czekać na rozstrzygnięcia. To pomaga. Teraz staramy się przedyskutować wszystkie sprawy sądowe, które
ciążą na "Wprost". [W poniedziałek miesięcznik "Press" poinformował o kolejnym procesie przegranym przez "Wprost". Tym razem dziennikarz i wydawca mają przeprosić piosenkarkę Isis Gee i zapłacić jej 100 tys. zł za podanie plotki, jakoby zmieniła płeć].
Zapłaciliście 8 mln zł za 80 proc. udziałów w AWR Wprost. Lech Kruszona nadal pozostanie w spółce jako udziałowiec mniejszościowy? - Tak jak inni mniejszościowi.
Dlaczego tych innych mniejszościowych nie ma w Krajowym Rejestrze Sądowym? - Nie wiem, jeszcze nie zakończyliśmy badania sytuacji finansowej spółki. Transakcja została zawarta, ale mamy 30 dni na dokończenie badania i uregulowanie spraw formalnoprawnych.
Czyli możecie wycofać się z zakupu? - Nie po to zawieraliśmy transakcję, żeby się z niej wycofywać.
Jak chce pan ratować tygodnik: ekspansją w internecie, zmianą profilu, zmianą szefów redakcji, obniżką ceny, zwolnienia? - Nie ma jednej recepty. Nasza strategia jest bardzo obszerna.
Nie odżegnuje się pan od obniżki ceny... - Jeszcze tego nie analizowaliśmy. Nie sądzę jednak, że czytelnik powinien mniej płacić za dobre informacje. Chcemy ruszyć z prezentacją tytułu w agencjach możliwie najszybciej. Chodzi o to, by pokazać reklamodawcom wszystko to, co będą mogli zasponsorować. AWR Wprost miał dość mały dział sprzedaży, podczas gdy nasz jest rozbudowany i sądzę, że będziemy w stanie podnieść wpływy reklamowe "Wprost". Tygodnik jest atrakcyjnym medium, bo większość firm wybiera do kampanii dziennik, dwa tygodniki i uzupełnia ją tytułami wyspecjalizowanymi. Zatem sprowadzić budżety do tygodnika jest stosunkowo łatwo.
Gdyby tak było, "Wprost" miałby dziś dużo lepszą kondycję finansową. W 2008 r. spółka przyniosła 6,53 mln zł straty, a w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy ub.r. strata wyniosła 4,5 mln zł. - Myślę, że ich dział reklamy z jakichś powodów został trochę zaniedbany. A brak przeprosin w paru sprawach sądowych tylko powiększył problem finansowy.
W wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" Grzegorz Hajdarowicz [wydawca "Przekroju", również starał się o zakup "Wprost"] wyznał, że zadzwonił pan do niego w Wigilię, złożył życzenia i zapewnił, że Point Group nie będzie zabiegać o "Wprost". Dlaczego pan tak zrobił? - To skomplikowane. Mogę powiedzieć tylko, że mój telefon faktycznie miał miejsce, a na tamten moment sprzedający AWR Wprost skasowali ofertę Point Group. Gdy dzwoniłem do Hajdarowicza, byłem pewien, że "Wprost" już nie kupię.
Ale ten telefon umocnił Hajdarowicza w przekonaniu, że nie warto podnosić ceny. - Cena nie odgrywała roli i mój telefon na nią nie wpłynął. Cena, którą zaoferowaliśmy na początku, nie zmieniła się do końca negocjacji i zawsze była wyższa niż w przypadku Hajdarowicza. Nigdy się nie ścigaliśmy na cenę. Nawet nie mieliśmy pewności co do tego, że obaj jesteśmy w tych negocjacjach, mieliśmy do czynienia wyłącznie ze spekulacjami mediów.
Po prostu w pewnym momencie wydarzyło się coś, co sprawiło, że wróciliśmy do stołu rozmów w sposób dla mnie nieoczekiwany.
Co to było? - Na razie nie mogę o tym rozmawiać.