Mijający rok był pierwszym, w którym samorządy wojewódzkie naprawdę zaczęły wydawać pieniądze ze swoich regionalnych funduszy unijnych. Ale początki były złe. Przez pierwsze miesiące 2009 r. unijna kasa w regionach była wydawana wolno. Na początku maja w Lubuskiem, Zachodniopomorskiem i Podkarpackiem wydano mniej niż 3 proc. rocznego
budżetu.
Taka sytuacja mogła niepokoić - w samym środku kryzysu unijne dotacje były potrzebne. Każdy wydany milion euro mógł decydować o być albo nie być lokalnych przedsiębiorców i organizacji pozarządowych.
Ale w ostatnich miesiącach roku fatalny trend udało się odwrócić. Niegdyś na szarym końcu, dziś Lubuskie jest jednym z liderów wśród regionów. Swój roczny cel wydatków zrealizowało w 123 proc. I jest w czołówce, jeśli chodzi o wartość grantów w przeliczeniu na mieszkańca - na każdego Lubuszanina przypada ok. 3,1 tys. zł pomocy unijnej.
W innych województwach działo się podobnie. Woj. podlaskie miało w tym roku wydać 326 mln zł z funduszy unijnych, a wykorzystało o 30 mln zł więcej. Na Śląsku urząd marszałkowski planował, że w tym roku wyda 250 mln zł unijnych dotacji. Do 14 grudnia region wydał już... 402 mln zł (to 155 proc. planu). Kujawsko-Pomorskie wykorzystało 142 proc. unijnych pieniędzy z regionalnego programu operacyjnego przewidzianych na ten rok. Świetny wynik udało się uzyskać na Pomorzu - 507 mln zł wydatków, czyli 257 proc. planu.
Tylko kilka województw rozczarowało. Zwłaszcza Mazowsze, największe i prawdopodobnie najbogatsze (ze względu na Warszawę) województwo w Polsce - wydało zaledwie 323 mln zł. Za to w kolejce po dotację czekają tam wnioski na kolosalną kwotę 12 mld zł...
Z kolei Podkarpackie, Zachodniopomorskie, Łódzkie, Wielkopolskie, Warmińsko-Mazurskie i Świętokrzyskie najwyraźniej przesadziły z własnymi prognozami i nie zdołały zrealizować swoich planów.
Przepis na sukces i porażkę Województwo opolskie, które jeszcze w połowie ub.r. było liderem, teraz zostało dogonione przez peleton. Ale wydane 379 mln zł (217 proc. planu) wciąż robi wrażenie, jeśli pamiętać, że to najmniejsze polskie województwo. - Pracujemy nad tym, by odbić pierwsze miejsce w rankingu - zapewnia wicemarszałek Józef Kotyś. - Ludzie w urzędzie siedzą po godzinach, stąd też nasz dobry wynik - dodaje. Opolski marszałek Józef Sebesta dobrym wynikiem pochwalił się nawet podczas spotkania opłatkowego. Radość u pracowników wzbudziła nie tylko informacja o dobrej pozycji w rankingu, ale i zapowiedź nagród.
A jak swoje wyniki tłumaczą na Mazowszu? - Źle wystartowaliśmy - przyznaje Grzegorz Kostrzewa-Zorbas (PO), szef komisji strategii i rozwoju regionalnego w sejmiku Mazowsza. - Odpowiedzialna za podział unijnych pieniędzy Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU) powstawała w bólach. W ciągu pierwszego roku działalności ciągle zmieniał się jej szef. Sytuacja ustabilizowała się dopiero przed rokiem - dodaje.
MJWPU miała zatrudniać ekspertów, ale koalicja PO-PSL kłóciła się o to, kto ma być szefem jednostki, wyznaczając do tej roli kolejnych partyjnych nominatów. Od przeszło roku kieruje nią Wiesław Raboszuk, lokalny polityk PO. Dziś o zatrudnieniu w MJWPU decyduje najczęściej partyjne wsparcie, a nie kwalifikacje. "Gazeta" doliczyła się w niej przeszło 40 działaczy PO i ich rodzin. I pewnie dlatego mazowiecka jednostka ma fatalną opinię wśród przedsiębiorców i społeczników starających się o unijne wsparcie. Na telefony informacyjne nie można się dodzwonić, elektroniczny system składania wniosków zawiesza się, a urzędnicy nie dają jasnych wskazówek, jak rozliczać płatności. - Trzeba było czasu na rozkręcenie machiny. Mamy największy region, więc potrzebowaliśmy najwięcej czasu - tłumaczy Jacek Kozłowski (PO), wojewoda mazowiecki.
Pompowanie wyników? Część samorządów zastrzega, że statystyki wydatkowania unijnych pieniędzy - ujawniane przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego - nie zawsze pokazują całą prawdę. Bo między województwami nadal trwa konflikt o to, jak liczyć tę część regionalnych programów operacyjnych, którą jednorazowo przetransferowano (w dużych kwotach) do tzw. funduszy poręczeniowych. Które jeszcze nie zaczęły działać.
Przykład pierwszy z brzegu - łódzkie. Na fundusz pożyczkowo-poręczeniowy Jeremie przeznaczono 188 mln zł. Jego "zarządcą" został Bank Gospodarstwa Krajowego. Pierwsze pożyczki i poręczenia będą uruchomione dopiero w 2010 r.
Jeremie uruchomiono też na Dolnym Śląsku. I tu też jednorazowy transfer 400 mln zł zmienił statystyki. Dziś województwo może się chwalić, że na papierze wydało ponad 640 mln zł, czyli 133 proc. tegorocznego planu. Kłopot w tym, że pieniądze z funduszu poręczeniowego - tak jak w Łódzkiem - nie trafiły jeszcze do odbiorców. I mają jedynie wartość księgową.
Sam fundusz pożyczkowy nie jest złym pomysłem - w przyszłości będzie dobrze służył przedsiębiorcom. Ale na razie te pieniądze nie pracują.
I dlatego niektóre samorządy krytykują takie pompowanie statystyk. - Postawiliśmy sobie cel: wydać i rozliczyć z Komisją Europejską 9 proc. naszego regionalnego programu operacyjnego. Udało się ten cel osiągnąć i przekroczyć, mimo że nie przekazaliśmy tych pieniędzy funduszom poręczeniowym i pożyczkowym, tylko wydaliśmy bezpośrednio na inwestycje - głównie na budowę dróg, zakup szynobusów i na urządzenie specjalnej strefy ekonomicznej w
Białymstoku - mówi Jarosław Dworzański, marszałek województwa podlaskiego.
Podobne opinie można usłyszeć w samorządach Świętokrzyskiego i Małopolski. - Wielkopolska przelała jakieś 500 mln zł na fundusz pożyczkowy, czyli tak naprawdę zamrozili te pieniądze. Nie służą one ani budowie wodociągów, ani dróg - krytykuje Szczepanik, dyrektor departamentu funduszy strukturalnych świętokrzyskiego urzędu marszałkowskiego.
- Nie stosowaliśmy w tym roku "inżynierii finansowej". Inaczej pewnie mielibyśmy jeszcze lepsze wyniki - wtóruje mu Marek Sowa, wicemarszałek Małopolski.
Przyszły rok będzie lepszy Wszystkie bez wyjątku samorządy przekonują, że 2009 r. to jeszcze nic. Prawdziwe wydawanie pieniędzy zacznie się w 2010 r. Przykładowo w Lubelskiem. W kończącym się roku dotowane były projekty "miękkie", takie jak np. promocja turystyki. A dopiero teraz są podpisywane umowy wstępne na największe inwestycje w infrastrukturę: budowa Centrum Spotkania Kultur (ponad 114 mln zł dofinansowania), budowa lotniska w Świdniku (85,7 mln) i stadion miejski w
Lublinie (70,49 mln).
Ambitne plany ma także woj. pomorskie. W przyszłym roku urzędnicy zamierzają wypłacić około 1 mld zł. Ponad miliard złotych chcą wydać też na Śląsku.
Również na Dolnym Śląsku kluczowy dla wydatków ma być przyszły rok. Ogłoszono już nabory na 82 proc. całej puli środków na lata 2007-13 wartej 1,5 mld euro. Urząd marszałkowski szacuje, że tylko w 2010 r. wypłaci 800 mln zł. Nie będzie to już tylko wartość księgowa (jak w przypadku funduszu Jeremie), ale żywa gotówka.
Przyspieszać warto, bo rząd przygotował marchewkę dla tych samorządów, które pieniądze będą wydawać najszybciej. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego ma do dyspozycji dodatkowe 500 mln euro. Zostaną rozdzielone między te województwa, które w 2009 i 2010 r. wydadzą przynajmniej 20 proc. całej kwoty, jaką dostały do dyspozycji na lata 2007-13 (czyli w ramach obecnego budżetu Unii Europejskiej).
- Poziom 20 proc. osiągniemy w połowie roku i weźmiemy udział w podziale premii - deklaruje opolski marszałek Sebesta. Jest pewien swego i już zapowiedział, że z nagrody sfinansuje m.in. projekt lotniska w Kamieniu Śląskim.