W poniedziałek islandzki prezydent Olafur Grimsson odmówił podpisania ustawy regulującej spłatę ponad 5 mld dol., które po upadku islandzkiego banku Landsbanki stracili jego klienci w Wielkiej Brytanii i Holandii.
To rozwścieczyło europejskich przywódców, którzy już wczoraj nie kryli zdumienia takim rozwojem sytuacji. -
Islandia ma obowiązek spłaty zobowiązań - powiedział agencji Reuters Ruud Slotboom, rzecznik holenderskiego resortu finansów.
Niebezpieczne miejsce dla biznesu We wtorek wieczorem na antenie BBC Paul Myners z brytyjskiego ministerstwa finansów zapowiedział, że takie działanie może się skończyć finansową izolacją Islandii. - Jeśli Islandia nie chce być częścią światowego systemu finansowego, to znaczy, że nie może oczekiwać, że świat będzie jej pożyczał pieniądze. Nie może być też uważana za bezpieczne miejsce do prowadzenia biznesu - stwierdził Paul Myners. Dodatkowo oświadczył on, że dopóki sprawa spłaty długu nie zostanie rozwiązana, Islandia nie może liczyć na wsparcie Wielkiej Brytanii w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej.
Ponieważ prezydent zawetował ustawę, o tym, czy dług zostanie spłacony, Islandczycy mają zadecydować w referendum, które zostanie rozpisane najpóźniej w ciągu dwóch miesięcy. Z ostatnich sondaży wynika, że 70 proc. obywateli nie chce spłacać długów upadłego banku.
Papiery Islandii "śmieciowe" We wtorek po decyzji islandzkiego prezydenta
agencja ratingowa Fitch zdecydowała się obniżyć długoterminowy rating Islandii w walucie obcej do poziomu "śmieciowego". Standard & Poor's może zdecydować się na podobny krok w ciągu najbliższych dni.
W tej sytuacji państwa skandynawskie zdecydowały się zawiesić Islandii wypłatę ostatniej transzy kredytu w wysokości 1,8 mld euro.
Dlaczego Islandia musi spłacać długi? Czytaj na blogu Konrada Niklewicza