W poprzednim okresie sierpień-październik
bezrobocie wynosiło 10,4 proc. Stopa
bezrobocia na Węgrzech jest powyżej unijnej średniej, która według stanu na koniec października wynosiła 9,3 proc.
Węgry mają problem nie tylko z bezrobociem, ale też z relatywnie niskim wskaźnikiem zatrudnienia (procentowy udział pracujących w stosunku do ogólnej liczby ludności), z czego zdają sobie sprawę wszyscy, także rząd. - Najważniejszym czynnikiem, który hamuje nasz
wzrost gospodarczy i zmniejsza naszą konkurencyjność, jest niski wskaźnik zatrudnienia - powiedział we wtorek Peter Oszko, węgierski minister finansów.
Węgry mają drugi najniższy wskaźnik zatrudnienia w UE po Malcie, w ubiegłym roku wyniósł on 56,7 proc. społeczeństwa, podczas gdy unijna średnia wynosi 65,9 proc.
Gospodarka Węgier skurczy się w tym roku prawdopodobnie aż o 6,7 proc., to największy spadek od 1991 roku. Także w 2010 roku
PKB będzie ujemne, a ożywienie gospodarcze ma nastąpić dopiero w 2011 roku.
Niski wskaźnik zatrudnienia wynika z kilku czynników. Jak podaje Bloomberg, wielu niewykwalifikowanych pracowników przeniosło się na wcześniejsze emerytury, duże bezrobocie panuje też wśród cygańskiej mniejszości mieszkającej na Węgrzech. W rezultacie znacząco zmniejszyły się wpływy z podatków, zwiększyły się za to wydatki na zasiłki dla bezrobotnych.
Problemem jest jednak nie tyle brak miejsc pracy, co... brak zainteresowania jej podjęciem przez bezrobotnych. - Ciężko jest znaleźć pracowników, skoro ludzie wolą pobierać zasiłki, niż pracować w fabrykach - mówi Mark Hetenyi, dyrektor finansowy węgierskiego oddziału firmy elektronicznej Flextronics International z Singapuru. Gdy firma zbudowała fabrykę w Zalaegerszeg, 225 kilometrów od Budapesztu, w której zatrudnienie miało znaleźć 1400 pracowników, do pracy zgłosiło się tylko 249 osób spośród bezrobotnych skierowanych tam przez lokalny urząd pracy.