W piątek wieczorem na kolejną rundę negocjacji w sprawie ropy do Moskwy poleciał wicepremier Białorusi Uadzimir Siemaszko. W sobotę podczas rozmów z wicepremierem Rosji Igorem Sieczynem może rozstrzygnąć ciągnący się od początku roku spór o ceny rosyjskiej ropy dla białoruskich rafinerii.
Przed wyjazdem Siemaszki do Mińska wróciła delegacja kierowana przez wiceministra energetyki Białorusi. Nieoficjalnie źródła z Mińska informowały, że rozmowy zakończyły się fiaskiem, bo rosyjscy negocjatorzy początkowo zgadzali się na kompromis, ale po spotkaniu z własnym rządem nagle się usztywnili. Jednak zdaniem rzeczniczki rosyjskiego ministerstwa energetyki Irina Jesipowa w negocjacjach jest postęp i białoruska delegacja wróciła do Mińska na konsultacje.
Poprzednia runda negocjacji pod koniec zeszłego roku też zakończyła się odwołaniem białoruskiej delegacji do Mińska. Nieoficjalnie źródła w Mińsku oskarżały wtedy Rosjan o wywieranie presji na podpisanie umów niekorzystnych dla Białorusi. A Rosja na dwa pierwsze dni br. wstrzymała dostawy ropy na Białoruś - jak ujawnił Sieczyn.
Rosja chce, aby zgodnie z porozumieniem sprzed trzech lat Mińsk płacił pełne cło za
import 15 mln ton rosyjskiej ropy, z której białoruskie rafinerie produkują paliwa na
eksport.
Moskwa zgadza się sprzedawać Białorusi bez cła tylko 5-6 mln ton ropy do produkcji paliw na własne potrzeby. Mińsk, który dotąd płacił tylko jedną trzecią cła od rosyjskiej ropy, chce zachować tę ulgę. Po podwyżce Rosja dostawałaby 5 mld dol. cła rocznie, czyli 10 proc.
PKB Białorusi. Na to Mińska nie stać.
Rosjanie zgadzali się na większe ulgi, ale w zamian chcą za grosze przejąć największy białoruski koncern petrochemiczny Naftan Polimir. Mińsk twierdził też, że cła od ropy są sprzeczne z wprowadzoną od początku roku unią celną Rosji z Białorusią, i groził zerwaniem tej unii. Ale w środę prezydent Białorusi Alaksander Łukaszenka podpisał dokumenty ratyfikacyjne unii.