Prezes BPH Józef Wancer, jeden z najbardziej doświadczonych polskich bankowców ogłosił w piątek wieczorem, że odchodzi na emeryturę. W bankowości przepracował 40 lat, przez ostatnie 10 lat rządził Bankiem BPH, który doprowadził do rozkwitu, przeprowadził przez podział na dwie części, a potem przez fuzję z amerykańskim GE Money Bankiem.
Trudno znaleźć w polskiej branży bankowej człowieka, który wywarłby równie istotny wpływ na jej rozwój i losy, jak Józef Wancer.
Czytaj komentarz na blogu Macieja Samcika Kierowany przez Wancera
Bank BPH nie tylko przez długie lata należał do najszybciej rozwijających się banków w Polsce. Był też kuźnią kadr dla całego sektora. Spod skrzydeł Wancera wyszli tak zdolni menedżerowie jak Wojciech Sobieraj, dziś zarządzający Alior Bankiem, Mariusz Grendowicz, obecnie szef
BRE Banku.
W czasach Wancera zarząd BPH nazywano "dream teamem". Nie bez powodu. Prezes zawsze miał dobrą rękę do dobierania sobie współpracowników. Nie zabijał w nich kreatywności, dawał dużo swobody i wolną rękę do działań. Mawia, że każdy menedżer ma prawo do błędów, byle tylko się na tych błędach uczył.
Jego wychowankowie zawsze dobrze sobie radzili na rynku. Współpraca z Wancerem jest bowiem certyfikatem niezależności myślenia, akceptacji ryzyka i dążenia do innowacji. Ale przede wszystkim odwagi i ogromnego głodu sukcesu.
Wancer zarządzał Bankiem BPH przez całą dekadę. Sprawił, że ten regionalny, krakowski bank, stał się trzecim największym graczem na polskim rynku finansowym. BPH był najjaśniejszą gwiazdą w niemieckiej grupie HVB, do której należał. A Wancera niemal noszono na rękach za tempo wzrostu, jakie pokazywał.
Inna sprawa, że w BPH tak dużą wagę przykładano do pozyskiwania nowych klientów i sprzedaży nowych produktów, że niekiedy zapominano o jakości obsługi. BPH zawsze był agresywnym rekinem na rynku. Podbierał klientów konkurencji, słynął z głośnych kampanii reklamowych, robił wrażenie banku, którego menedżerowie dążą do wzrostu niemal za każdą cenę. Ale rósł w oszałamiającym tempie.
Po fuzji HVB z UniCredit, właścicielem Banku Pekao i odcięciu w 2008 r. większości majątku BPH na rzecz Pekao, Wancer zaczął odbudowywać potencjał BPH. A ostatnio pilotował połączenie BPH z amerykańskim GE Money Bankiem.
Czytaj też:
Nowy BPH, półtusze i atmosfera wzajemnego zrozumienia Ale nie będzie miał już okazji porządzić połączonym bankiem, który pod logo BPH, ale z filozofią działania narzuconą przez GE Money, ma ambicje wejść w ciągu dwóch-trzech lat do piątki największych banków w Polsce. Podobno Wancer nie umiał porozumieć się z Amerykanami, którzy nie chcieli mu dać takiej swobody działania, jaką cieszył się do tej pory.
To tylko ostatnie 10 lat kariery Wancera. A przecież jego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz filmowy. Urodził się w 1942 r. w Komi, w sowieckim gułagu. Po wojnie losy historii rzuciły go, przez Polskę, do Ameryki. W wieku 19 lat pracował już w Nowym Jorku. Najpierw jako pracownik fizyczny, potem w lokalnym oddziale Citibanku. W Nowym Jorku ukończył
studia ekonomiczne, a z Citibankiem związał się na kolejne 22 lata. I zjeździł z nim pół świata. Pracował w oddziałach Citi w Japonii, Wielkiej Brytanii, Francji oraz Austrii.
Do Polski przyjechał w 1990 r., już jako menedżer z papierami. Początkowo zajmował się doradzaniem, potem tworzył jeden z małych, prywatnych banków warszawskich. Potem jego kariera rozkwitła. Przez pięć lat - jako wiceprezes, a potem prezes - zarządzał polskim oddziałem austriackiego banku Raiffeisen Centrobank. Z Raiffeisena trafił do BPH. Najpierw na stołek wiceprezesa, a już po roku na stanowisko prezesa.
Zawsze wysoko się cenił. Od dobrych kilku lat był najlepiej opłacanym menedżerem w polskiej branży bankowej. Zgarniał co roku 5-6 milionów złotych wynagrodzenia. Swojej pensji nie obciął nawet w zeszłym roku, kiedy musiał wyrzucić na bruk tysiąc osób z powodu kryzysu finansowego.
Jeśli można mówić o jakichś menedżerskich porażkach Wancera, to jedną z większych przeżył właśnie w ostatnim roku. Po oddaniu większości majątku w ręce Banku Pekao prezes miał plan, by jak najszybciej odbudować potęgę BPH. Znów ściągał z rynku najlepszych dostępnych ludzi, niejednokrotnie płacąc im duże pieniądze, zaplanował rozwój banku w bankowości korporacyjnej oraz obsłudze małych i średnich firm.
Ale przyszedł kryzys i zamiast zrealizować założoną strategię, trzeba było ratować bank przed stratami. Nim Wancerowi udało się osiągnąć odpowiednią skalę działalności, kryzys zaczął ściągać BPH do dna. Po trzech kwartałach 2009 r. bank miał 55 mln zł strat. Danych za cały ubiegły rok jeszcze nie przedstawił.