Biznes Ludzie Pieniądze

Milioner z czarnym pasem karate

Agnieszka Drabikowska, Ziemowit Nowak, Kielce
12.01.2010 , aktualizacja: 10.01.2010 15:13
A A A Drukuj
Zaczynał w garażu, a teraz jest 89. na liście najbogatszych Polaków 2009 tygodnika "Wprost", z majątkiem 220 mln zł. Owiany tajemnicą, stroni od mediów. Ci, którzy go znają, opisują: taki poukładany facet, z poczuciem humoru. W jego życiorysie pojawiła się jednak ostatnio czarna plama
Jedno jest pewne - finansowy sukces Bogusław Wypychewicz zawdzięcza sobie. Urodził się we Włoszczowie, niewielkim miasteczku w Świętokrzyskiem, która zasłynęło potem z peronu wybudowanego po staraniach posła Przemysława Gosiewskiego.

Mama była sprzątaczką, ojciec kolejarzem. Już jako nastolatek, uczeń technikum żeglugi śródlądowej w Kędzierzynie-Koźlu, dorabiał, konstruując radia, spawarki, krótkofalówki, pracował nawet przy sprzątaniu wagonów.

Swoją firmę, Zakład Produkcji Urządzeń Elektrycznych, stworzył od zera. Zaczynał w 1988 roku, w garażu teścia.

Bartłomiej Dorywalski, burmistrz Włoszczowy: - Dobrze pamiętam ten garaż, bo niedaleko mieszkałem. Jakby ktoś mi powiedział, że tak zaczyna polski milioner, to bym chyba nie uwierzył...

Na początku ZPUE produkował złącza kablowe i tablice elektryczne. - Kariera Bogusia to jest taki amerykański sen. Gdzieś w garażu coś tam sobie dłubał, montował, opatentował. A to były czasy, kiedy wszystko się zmieniało, trzeba było polskie produkty dostosowywać do nowych norm. I okazało się, że jego produkty te normy już spełniały. Dostał zamówień na ileś miesięcy do przodu a państwowe zakłady w tym czasie upadały - opowiada jeden ze współpracowników biznesmena.

Te państwowe zakłady to oddziały Elektromontażu mającego sieć w całym kraju. - Oni nie mogli przystosować się do nowych warunków. Byli przyzwyczajeni, że cokolwiek wyprodukują, cokolwiek zmontują, to klient weźmie - mówi Tomasz Stępień, od 4 stycznia nowy prezes ZPUE, który w zakładzie pracuje od 15 lat.

W 1999 roku spółka Wypychewicza weszła na warszawską giełdę. W najlepszym okresie jedna akcja kosztowała nawet 500 zł.

Dziś firma konkuruje ze światowymi potentatami w branży, firmami Siemens, General Electric, Schneider. I wciąż powiększa swój udział w krajowym rynku. - Udaje nam się, bo mamy jedyny taki zakład w tej części Europy. Oni swoje produkty dowożą. I mają duże serie, a my dostosowujemy stacje transformatorowe do potrzeb klientów - mówi prezes Stępień. Produkty ZPUE Włoszczowa sprawdzają się od Syberii do Iraku.

Powoli Wypychewicz buduje grupę kapitałową, którą ma zamiar przekształcić w ZPUE Holding. Dziś do grupy należą ZPUE SA, Stolbud Włoszczowa, ZPUE Gliwice, Elektromontaż 1 i Azymut (produkcja narzędzi do obróbki metali). Zatrudnia ponad 2,5 tys. osób. W ubiegłym roku "Wprost" szacował jego majątek na 220 mln zł.

- Ale pieniądze nigdy nie były motorem mojego działania, raczej chęć tworzenia, budowania czegoś nowego. I do dziś nie są - mówi Wypychewicz.

Jego współpracownicy podkreślają: On firmę traktuje jak własne dziecko.

Drugą pasją milionera jest karate. - Poznaliśmy się na treningach w latach 80. Trenowaliśmy w salach gimnastycznych w różnych szkołach. Wtedy pewnie ani on, ani ja nie przypuszczaliśmy, że zostanie głównym sponsorem mojego klubu - mówi Waldemar Kęćko, instruktor Kieleckiego Klubu Karate.

Trzy lata temu na firmowej imprezie integracyjnej w ZPUE Wypychewicz w kimonie robił test temashiwari, czyli łamanie twardych przedmiotów. Łamał deski.

- Czarny pas zdobył jakieś trzy lata temu, to o czymś świadczy. W Kielcach ma go może 30-40 osób - mówi Kęćko.

Według niego to nie przypadek, że Wypychewicz karateka odnosi sukcesy w biznesie. - Gość, który nie miał praktycznie niczego, został jednym z najbogatszych Polaków. Żeby to osiągnąć, trzeba mieć charakter, konsekwencję, samodyscyplinę. A to daje karate - uważa Kęćko.

Wypychewicz lubi też wyprawy na narty w Alpy czy żeglowanie swoim jachtem. Lubuje się w lexusach, kupił helikopter i zrobił licencję pilota, mieszka w willi z basenem we Włoszczowie, ma też ponoć drugą rezydencję w kształcie łodzi nad zalewem w podkieleckiej Chańczy.

Na cele charytatywne, sport i kulturę Wypychewiczowie (żona Małgorzata jest szefem rady nadzorczej ZPUE; razem kontrolują ponad 60 proc. akcji spółki), przekazują około 500 tys. zł rocznie. Ale słowa "filantropia" nie lubią. - Nie lubię mówić o pomaganiu ludziom, ale skutecznie im pomagać. Kiedy w 1990 roku utworzyłem fundusz socjalny, zatrudniając kilkadziesiąt osób, inni stukali się w głowę. "Człowieku, komuna się dopiero skończyła, a ty tworzysz drugą komunę?" - mówili. Ale ja uważam, że trzeba ludziom pomóc w trudnych sytuacjach, kiedy pensja im nie wystarcza. I ten fundusz do dziś funkcjonuje - podkreśla. Z końcem 2009 roku utworzyli fundację Jesteśmy Blisko, aby pomagać ludziom pokrzywdzonym przez los.

I tu sielanka jak z historii typu od pucybuta do milionera się kończy, bo pod koniec grudnia Bogusław Wypychewicz i prezes jego firmy Ryszard Iwańczyk (na początku roku zrezygnował z funkcji) zostali skazani za manipulacje na giełdzie. Kara może dla nich nie jest specjalnie dotkliwa, bo mają zapłacić 250 tys. zł grzywny (Wypychewicz) i 60 tys. zł (Iwańczyk), ale niesmak pozostał. Sąd uznał, że Iwańczyk, kupując na zamknięciu sesji 450 akcji ZPUE, sztucznie podwyższył ich kurs, po to żeby Wypychewicz, wtedy prezes firmy, mógł kilkadziesiąt minut później przeprowadzić dwie pozasesyjne transakcje pakietowe na akcjach ZPUE po ustalonej wcześniej cenie. Było to 7 grudnia 2001 roku: transakcja opiewała na kwotę 2 mln 200 tys. zł - za taką sumę Wypychewicz sprzedał ZPUE ponad 83 tys. jej akcji własnych. Iwańczyk był wtedy członkiem zarządu i to on składał zlecenie kupna pakietu.

Po co była cała manipulacja? Zdaniem sądu po to, aby Wypychewicz mógł spłacić kredyt w wysokości miliona marek niemieckich. Termin spłaty upływał z końcem 2001 roku.

Wypychewicz i Iwańczyk nie zgadzają się z wyrokiem, który jest już prawomocny. Zapowiadają kasację. Ale proces to nie tylko wyrok, ale i wstydliwe kulisy manipulacji. Z ustaleń sądu wynika, że biznesmen wrobił w nią Pawła L., notabene swojego bardzo dobrego znajomego. Żona L., lekarka, leczyła rodzinę Wypychewiczów, jej męża biznesmen zatrudnił w ZPUE w administracji.

I to na rachunku maklerskim Pawła L. kupiono 450 akcji zawyżających kurs spółki, bo Wypychewicz miał do niego pełnomocnictwa i hasła. Mało tego, jak wykazała potem analiza fonoskopijna biegłych, zlecenie złożył przez telefon Iwańczyk, podając się za Pawła L. Nim jednak to się stało, L. został oskarżony o współudział w manipulacji. - To jest dla mnie życiowa tragedia. Zostałem oszukany przez pana Wypychewicza - mówił w sądzie. I opisywał: "Przed każdym wezwaniem do prokuratury odbywała się specjalna narada, w której brali udział prawnicy. Byłem wzywany do gabinetu prezesa i instruowano mnie, co mam wyjaśniać na następnych przesłuchaniach. Miałem mówić, że to ja składałem zlecenie". Sądy obu instancji uniewinniły go od zarzutu. Pracę w ZPUE stracił jeszcze przed wyrokiem.

Paweł L. nie chciał rozmawiać z nami ani na temat sprawy manipulacji na giełdzie, ani na temat Bogusława Wypychewicza.

- Paweł L.... Powiem tak. Przyjął własną linię obrony, która nas obciążała, aby siebie uniewinnić. I to mu się udało. Nawet się z tego cieszę, bo byłoby trzech niewinnie skazanych, a nie dwóch. Narady, owszem, odbywały się wtedy, ale nikt nigdy nie mówił, jakie składać zeznania. Dla nas ta cała operacja na akcjach niczym nie wyróżniała się od innych, większych spraw operacyjnych. Mogłem sprzedać te akcje za pomocą zwykłej umowy cywilnoprawnej, ale powiedziałem: jesteśmy na giełdzie, niech wszystko przejdzie przez giełdę. Chciałem być bardziej papieski od papieża i za to teraz płacę.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    40 głosów