Jednak niewątpliwie przychody serwisów społecznościowych w najbliższym czasie będą rosły i kto wie, czy nie szybciej niż w przypadku wyszukiwarek. Jest kilka powodów. Po pierwsze, komunikacja. Serwisom typu
Facebook udała się rzecz niemożliwa, czyli detronizacja e-maila. Dziś na Zachodzie ludzie już wysyłają do siebie więcej wiadomości za pośrednictwem serwisów społecznościowych niż za pośrednictwem maila. Po drugie, internauci spędzają w serwisach społecznościowych nieporównanie więcej czasu niż w wyszukiwarkach. Po trzecie, zasięg, który sukcesywnie rośnie i w końcu, moim zdaniem, może przekroczyć zasięg wyszukiwarek.
Ale to nie wszystko. Te wszystkie czynniki trzeba jeszcze przełożyć na pieniądze, co nie jest proste. Linki sponsorowane i w ogóle reklama w wyszukiwarkach jest dużo bliżej podejmowania decyzji zakupowych niż reklama w serwisach społecznościowych. Chodzi o to, że linki z reklamą środka owadobójczego pojawiają się takie człowiekowi, który poprzednio wrzucił do wyszukiwarki zapytanie świadczące o tym, że ma jakiś problem z owadami. Tego
serwisy społecznościowe na razie nie dają. Ich użytkownicy są dużo dalej od procesów zakupowych.
Reklama w serwisach społecznościowych wymaga dużo więcej
pracy, czasu i pomysłów niż linki sponsorowane, bo praktycznie dla każdego reklamodawcy trzeba skroić coś nowego. Nie ma tu produktów uniwersalnych, które dawałyby się szybko i łatwo modyfikować. A to z kolei oznacza, że bariera wejścia z kampanią reklamową do serwisu społecznościowego jest dużo wyższa. Znam firmy amerykańskie, które zajmują się reklamą w serwisach społecznościowych. Wiele z nich nie podejmuje się pracy dla klienta, który jest gotów przeznaczyć na taką kampanię mniej niż 100 tys. dolarów. W przypadku linków sponsorowanych takie ograniczenia trudno sobie wyobrazić.
Dlatego wydaje mi się, że w przyszłości social networks mogłyby przejąć sporą część budżetów większych reklamodawców. I w tych dużych budżetach ich udział może być większy niż udział wyszukiwarek. By jednak tak się stało, te serwisy muszą znaleźć format reklamowy, który będzie do przyjęcia dla ich użytkowników i reklamodawców. Trochę jak spot telewizyjny. Telewizja przyciąga do siebie masowego odbiorcę, który spędza na jej oglądaniu dużo czasu. Przy okazji ogląda spoty reklamowe, z czym już zdążył się pogodzić. Podobnie jest z Facebookiem, tylko że ten jeszcze nie ma takich spotów.
Jacek Chruściany jest dyrektorem współzarządzającym w Performance Media zajmującej się marketingiem w wyszukiwarkach
Facebook kontra Google, czyli wojna o e-reklamę