Biznes Ludzie Pieniądze

Ile lat trzeba pracować na własne mieszkanie?

Marek Wielgo
11.01.2010 , aktualizacja: 11.01.2010 21:33
A A A Drukuj
Warszawiak musi pracować na mieszkanie siedem lat. To krócej niż nowojorczyk czy londyńczyk, ale i tak bardzo długo. Są miasta na świecie, gdzie na mieszkanie wystarczy trzyletnia pensja - wynika z raportu, który dla ?Gazety? przygotowała firma doradcza Reas
Nieruchomości
Nieruchomości
Ile lat trzeba pracować na mieszkanie?
Ile lat trzeba pracować na mieszkanie?


Porównanie tych dwóch światowych metropolii z naszą stolicą może wydać się niektórym mało stosowne. Niestety, pod względem dostępności mieszkań Warszawę biją m.in. szkockie Glasgow czy kanadyjski Montreal. Tam na mieszkanie pracuje się pięć lat.

Kiedy można powiedzieć o jakimś kraju czy mieście, że mieszkania są w nim dostępne? Gdy ich cena nie przekracza czteroletnich zarobków. Sęk w tym, że polskie miasta - poza wyjątkami - cechuje wręcz wysoka niedostępność, co oznacza, że ceny przekraczają ponadpięciokrotnie roczne dochody typowego gospodarstwa domowego.

W tym miejscu należy się wyjaśnienie. Reas użył do tego typu porównań najczęściej stosowanego na Zachodzie (i zalecanego przez ONZ i Bank Światowy) wskaźnika P/E. Oblicza się go, dzieląc medianę cen mieszkań przeciętnej wielkości (po tyle samo jest tańszych i droższych) przez medianę rocznego dochodu brutto gospodarstwa domowego. W Polsce stosuje się ceny średnie, dlatego Reas sam oszacował medianę cen mieszkań (dotyczy cen mieszkań na rynku pierwotnym) i dochodów gospodarstw domowych.

Pierwszy wniosek jest taki, że mało miarodajne są ogólnokrajowe wskaźniki, gdyż różnice w dostępności mieszkań w poszczególnych miastach bywają olbrzymie. Firma Reas wzięła pod lupę wyłącznie kraje anglosaskie. Np. w Stanach Zjednoczonych przyjęty dla całego kraju wskaźnik wynosi ok. 3,2 roku. Tyle trzeba tam pracować na mieszkanie, co wskazuje na dość wysoką ich dostępność. Jednak np. w San Francisco czy Los Angeles jest ona dramatycznie niska, podczas gdy w Youngstown (Ohio), Atlancie i Detroit - bardzo wysoka. Tam na kupno mieszkania, a właściwie domu, wystarczą dwuletnie zarobki!

Analogicznie, dla Irlandii wskaźnik ogólnokrajowy wynosi 5,4; dla Wielkiej Brytanii - 5,7; a dla Australii - aż 6,0, co świadczy o wysokiej niedostępności. A jest ona jeszcze wyższa w największych aglomeracjach, np. w australijskim Sydney (największym mieście w tym kraju) wskaźnik P/E wynosi 8,3; w stolicy Wielkiej Brytanii - Londynie - 6,9; w stolicy Irlandii - Dublinie - 6,0.

Jak na tle tych aglomeracji wyglądają polskie miasta? Najlepsza sytuacja jest w Katowicach, gdzie wskaźnik dostępności, a właściwie niedostępności, wynosi 4,1. Mniej więcej taki sam poziom ma on np. w dobrze znanym Polakom Chicago czy Orlando, gdzie w klubie Magic gra nasz najlepszy koszykarz Marcin Gortat.

W Lublinie ten wskaźnik wynosi 5,3, czyli podobnie jak w Bostonie czy Seattle. Jednak Warszawa i Kraków ze wskaźnikiem 6,6-6,8 to już prawdziwa światowa czołówka pod względem niedostępności mieszkań. A dodajmy, że w USA i Australii przeciętne mieszkanie (a raczej dom) ma powierzchnię ok. 200 m kw. Z kolei w Wielkiej Brytanii i Irlandii, gdzie dominują segmenty szeregowe i mieszkania w domach wielorodzinnych, mają one odpowiednio 76 m kw. i 88 m kw. (średnio). Natomiast u nas użyte do obliczenia wskaźnika mieszkanie budowane na sprzedaż ma od 58 m kw. (Katowice i Kraków) do 68 m kw. (Warszawa). Z drugiej strony, w polskich statystykach nie są uwzględnione dochody z szarej strefy, co nieco poprawiłoby statystyczną dostępność.

Prof. Władysław J. Brzeski z Reasa zauważa, że pogorszenie się wskaźnika dostępności mieszkań w naszym kraju spowodowane było upowszechnieniem się kredytu hipotecznego. W efekcie wzrosła siły nabywcza Polaków, Zaczęliśmy kupować coraz więcej mieszkań, co wywindowało ich ceny. W dodatku wskutek niskiego oprocentowania i wydłużania okresu spłaty kredytów ich dostępność nie pogarszała się tak szybko jak wskaźnik P/E. Jak go teraz poprawić?

- Obniżenie kosztów byłoby zapewne możliwe, gdyby zaczęto u nas budować mieszkania na dużo większą skalę, według powtarzalnych projektów, na relatywnie tanich terenach, w dużych zespołach stosunkowo prostych budynków - odpowiada prof. Brzeski. Przyznaje jednak, że musi poprawić się infrastruktura komunikacyjna (drogi i ulice) i społeczna (szkoły i przedszkola). Pieniądze na tego typu inwestycje powinny pochodzić m.in. z podatku od nieruchomości. Wzrost tego podatku, szczególnie gruntów niezabudowanych, wymusiłby ponadto spadek cen nieruchomości. Ich utrzymanie kosztowałoby więcej, a nie każdy mógłby sobie na to pozwolić. Poza tym ukrócona zostałaby spekulacja gruntami.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    173 głosy