"Zdecydowaliśmy, że nie chcemy dłużej cenzurować wyników wyszukiwania na witrynie google.cn. W ciągu kilku następnych tygodni będziemy rozmawiać z chińskimi władzami, jak zgodnie z lokalnym prawem możemy udostępniać w Chinach nieocenzurowaną wyszukiwarkę i czy w ogóle jest to możliwe" - napisał w oficjalnym
blogu David Drummond, główny radca prawny
Google'a.
Jeśli nie dojdzie do porozumienia, Google ostrzega, że zamknie zarówno stronę
www.google.cn , jak i lokalne biura w Chinach, gdzie zatrudnia ok. 700 osób, głównie programistów. Według szacunków chiński rynek zapewnia koncernowi z Mountain View ok. 300 mln dol. przychodów rocznie. Google ma tu jednak znacznie mniejszy udział niż na innych rynkach. Obsługując ok. 30 proc. wyszukiwań chińskich internautów, ustępuje chińskiemu Baidu, spółce blisko powiązanej z rządem.
Google z chińskim rządem współpracował od stycznia 2006 r., cenzurując w wyszukiwarce m.in. hasła "Dalajlama" czy "masakra na placu Tiananmen" - internauci, wpisując je, nie otrzymywali żadnych wyników. Powszechnie krytykowano ten ruch, wytykając założycielom koncernu złamanie swojego słynnego motto: "Nie czyń zła".
Google tłumaczyło jednak, że ustępstwo wobec rządu równoważy fakt, że chińscy internauci - mimo cenzury - zyskają większy dostęp do informacji dzięki jego wyszukiwarce.
Skąd nagła zmiana strategii? Google tłumaczy, że to przez... hakerów. Jak pisze Drummond, spółka w połowie grudnia ub.r. odkryła "wysoko zaawansowany atak na infrastrukturę Google'a", a cyberwłamywacze wykradli "własność intelektualną" koncernu (mogło chodzić np. o kody oprogramowania). Google podejrzewa, że cyberatak wyszedł z Chin, co więcej, zaatakowano też jednocześnie ponad 20 innych spółek, zarówno z branży internetowej, technologicznej, jak i finansowej.
Ale na tym nie koniec - Google ma dowody, że głównym celem ataku było włamanie się na konta pocztowe
Gmail osób walczących o prawa człowieka w Chinach (udało się w przypadku dwóch osób). Przy okazji koncern odkrył, że inne konta na Gmailu, też powiązane z aktywistami, zarówno z
USA, Europy, jak i Azji, były regularnie "odwiedzane" przez osoby trzecie.
Amerykańskie władze zwróciły się już do rządu w Pekinie z prośbą o wyjaśnienia.
Cyberataki to tylko jeden z powodów gróźb Google - w ciągu ostatniego roku władze w Pekinie stawiały przed koncernem coraz to nowe żądania. Rząd a to blokował - na krótko - dostęp do większości serwisów Google w Chinach, potem zdecydował, że chińscy internauci nie mogą oglądać serwisu YouTube. Pod hasłem walki z pornografią zmusił też koncern do wyłączenia kilku funkcji - m.in. sugestii, które Google podrzuca użytkownikom, kiedy wpisują hasło w okienku wyszukiwarki.
Jeśli rzeczywiście Google wycofa się z chińskiego rynku, ta decyzja może się odbić na jego kieszeni. - Dla każdej spółki nieobecność w Chinach może mieć kolosalne znaczenie, zwłaszcza dla spółki internetowej, która zarabia na reklamie - mówi cytowany przez
dziennik "The New York Times" David B. Yoffie, profesor Harvard Business School. Bo choć dziś dla Google'a to "tylko" 300 mln dol., to chiński rynek jest najszybciej rosnącym rynkiem internetowym na świecie, z o wiele większym potencjałem niż USA.
- Istnieje takie ryzyko, ale decyzji, by zostać na rynku, który nie jest dla nas do zaakceptowania, nie podejmujemy w oparciu o kwestie finansowe - twierdzi Drummond. Ruch Google'a spotkał się z aprobatą organizacji broniących praw człowieka. Nie wszyscy jednak wierzą w zapowiedzi koncernu. - Nie sądzę, by ktokolwiek zamierzał uciekać z Chin - mówi
Joe Schoendorf", partner w kalifornijskim funduszu inwestycyjnym Accel Partners, który ma w portfolio wiele spółek z Państwa Środka. - Google ma
Microsoft na karku, a poza USA, to
Chiny są najważniejszym rynkiem na świecie. Z takich miejsc z zasady się nie wychodzi.