Biznes Ludzie Pieniądze

Google zmienia strategię i grozi opuszczeniem Chin

Maria Kruczkowska, Tomasz Grynkiewicz
2010-01-13, ostatnia aktualizacja 2010-01-13 21:12

Internetowy gigant idzie na wojnę z chińskim reżimem. Nie chce już cenzury w sieci. Twierdzi, że wycofa się z największego rynku internetowego świata.

Pod siedzibą Google Chińczycy składali kwiaty na znak solidarności
Reuters
Pod siedzibą Google Chińczycy składali kwiaty na znak solidarności


Kto w środę rano przechodził obok pekińskiego biura Google, był świadkiem niecodziennego obrazka - mieszkańcy chińskiej stolicy składali tam lilie i czerwone róże. W geście solidarności z amerykańskim koncernem, który zapowiedział, że prędzej wycofa się z chińskiego rynku niż ugnie pod nowymi żądaniami władz.

- Nie chcemy dłużej cenzurować wyników wyszukiwania. Będziemy rozmawiać z władzami, czy zgodnie z prawem możemy w ogóle prowadzić wyszukiwarkę w Chinach - napisał w blogu David Drummond, główny radca prawny Google.

Jeśli do porozumienia nie dojdzie, Google zrezygnuje z chińskiej wersji wyszukiwarki, a nawet zamknie lokalne biura w Chinach, gdzie zatrudnia ok. 700 osób, głównie programistów.

To nagła zmiana strategii koncernu. Google przez cztery lata współpracował z chińskim reżimem, wycinając wiele niewygodnych dla rządu stron z chińskiej wersji wyszukiwarki (dostępnej pod adresem www.google.cn). I powszechnie był za tę współpracę krytykowany - tym bardziej że motto koncernu głosiło: "Nie czyń zła". Google broniło się, twierdząc, że z ocenzurowaną wyszukiwarką i tak internauci zyskają większy dostęp do informacji.

Dlaczego teraz chce się wycofać z cenzurowania sieci? Tłumaczy to... cyberatakami - w grudniu ub.r. chińscy hakerzy włamali się na serwery ponad trzydziestu firm z różnych branż - internetowej, technologicznej, finansowej czy chemicznej, wykradając poufne dane. Także z serwerów Google. Ale Drummond przekonuje, że głównym celem ataków były skrzynki pocztowe Gmail należące do chińskich aktywistów. Ujawnił, że kilkadziesiąt kont e-mailowych obrońców praw człowieka z Chin, Europy i USA było regularnie monitorowanych przez hakerów z Chin. Oficjalnie nikt tego nie mówi, ale między wierszami padają sugestie, że ataki były inspirowane przez rząd w Pekinie.

To niejedyny powód - Chiny od zeszłego roku stawiają coraz to nowe żądania - pod pretekstem walki z pornografią kazały Google usunąć kilka funkcji z wyszukiwarki, od marca blokują dostęp do YouTube, należącego do Google serwisu z filmami.

Ruch Google spotkał się z aprobatą organizacji broniących praw człowieka i wolności słowa jak Amnesty International czy Reporterów bez Granic. Niektórzy uważają jednak, że decyzja Google niewiele zmieni. - Przywódcy Chin uważają utrzymanie monopolu we wpływaniu na opinię publiczną za kluczowe dla partii. Od dwóch lat cenzura informacji w Chinach się zaostrza, a internet jest coraz ściślej kontrolowany - mówi "Gazecie" David Bandurski, znawca chińskiego internetu i mediów.

Inni uważają, że Google blefuje.

- Nie sądzę, by ktokolwiek zamierzał stąd uciekać - mówi cytowany przez dziennik "The New York Times" Joe Schoendorf z inwestującego w Chinach funduszu Accel Partners. - Google ma Microsoft na karku, a poza USA to Chiny są najważniejszym rynkiem na świecie. Z takich miejsc z zasady się nie wychodzi - mówi. - Odbieram to bardziej jako komentarz, wygłoszenie stanowiska przed negocjacjami - uważa Wallace Cheung, analityk Credit Suisse. Podobne oceny przewijają się w komentarzach innych analityków giełdowych. Kurs Google spadał wczoraj o kilka procent.

Roczne przychody Google z Chin szacuje się na 300-400 mln dol. (ułamek światowych przychodów, które przekraczają 20 mld dol.). To też jeden z niewielu rynków na świecie, gdzie Google ustępuje lokalnemu graczowi (chińskie Baidu ma ok. 63 proc., Google - ok. 33 proc.). Jednak Chiny z ponad 350 mln osób korzystających regularnie z sieci to największy rynek internetowy świata. I szybko rośnie. Sam rynek wyszukiwarek był wart w ub.r. miliard dolarów.

- Decyzji, by zostać na rynku, który nie jest dla nas do zaakceptowania, nie podejmujemy w oparciu o kwestie finansowe - odpiera Drummond.

Szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton zażądała od władz w Pekinie wyjaśnień w sprawie ataków.

- Możliwość działania bez przeszkód w cyberprzestrzeni ma zasadnicze znaczenie - mówiła wczoraj. Clinton już działa: spotkała się z szefami najważniejszych firm sektora IT, m.in. Microsoftu, Twittera, Cisco Systems i Google. A jej asystent zapowiedział, że 21 stycznia ogłosi nową inicjatywę polityczną: "Wolność internetu".

Google to tylko jeden z wielkich amerykańskich koncernów, które ugięły się pod presją Chin - by sprzedawać w Chinach iPhone'y, Apple zablokowało aplikacje związane z Dalajlamą,. Microsoft cenzurował wpisy w blogach, blokując słowa: "demokracja" i "wolność". A Yahoo! w 2005 r. przekazało władzom e-mail, w którym dziennikarz Shi Tao opisał, jak rząd instruuje dziennikarzy, jak opisywać obchody 15. rocznicy wydarzeń na placu Tiananmen. Trafił na dziesięć lat do więzienia.

Zobacz więcej na temat:

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.4

18 głosów