Ta sprawa to prawdziwy gorący kartofel - ktokolwiek się nią zajmuje, unika jasnego stanowiska albo próbuje zepchnąć odpowiedzialność na kogoś innego. Nie inaczej zachowali się urzędnicy Komisji Europejskiej.
Chodzi o akcyzę na prąd. Podatek ten - 20 zł od megawatogodziny - obowiązuje w Polsce od 2002 r. Ale po wejściu naszego kraju do UE powinny zostać zmienione zasady jego pobierania. Płaciły go elektrownie, a powinni płacić - bezpośredni
sprzedawcy energii do klienta. Na zmianę przepisów
Polska miała czas do końca 2005 r. Rząd SLD nie miał do tego głowy, bo w październiku 2005 były wybory. Po nich rząd PiS przepisów zmienić nie chciał - tłumaczył Brukseli, że grozi to podwyżkami cen energii. W końcu Komisja Europejska zaskarżyła Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. W 2008 r. nowy Sejm w końcu zmienił ustawę, ale ETS wydał wyrok niekorzystny dla naszego kraju. Uznał, że w latach 2006-08 Polska naruszyła unijne prawo. Ale w wyroku nie ma ani słowa o tym, czy nasz rząd powinien te pieniądze zwrócić elektrowniom, czy nie. Niemal wszyscy producenci prądu złożyli wnioski o zwrot - w sumie w grę wchodzi astronomiczna kwota 7,4 mld zł. Gdyby
budżet musiał ją w tym roku zwrócić, deficyt wzrósłby z 52,2 do prawie 60 mld zł.
Ministerstwo Finansów przygotowało trzy linie obrony. Po pierwsze, uważa, że byłoby to bezpodstawne wzbogacenie - przecież elektrownie przerzuciły akcyzę na zakłady energetyczne, a te - wliczyły ją w cenę dla klienta. Po drugie, zgodnie z unijnym prawem prąd powinien być obłożony akcyzą. Firmy dostałyby zwrot podatku za lata 2006-08 - to tak jakby go w tym czasie w ogóle nie było - twierdził resort. Po trzecie, zwrot akcyzy mógłby być uznany za pomoc publiczną zakazaną przez unijne prawo.
Dwie linie obrony właśnie padły. W odpowiedzi na list naszego rządu z marca 2009 r. Komisja Europejska pierwszą odpowiedź przysłała we wrześniu. Ale niewiele z niej wynika - Komisja przypomniała tylko ogólne zasady zwrotu podatku, tak aby był zgodny z unijnym prawem. Komisja odmówiła także uznania, czy ewentualny zwrot będzie pomocą publiczną. - Na tym etapie rozstrzygnięcie tej kwestii nie jest możliwe - czytamy w liście.
Rząd wysłał jeszcze jedno pytanie. Odpowiedź przyszła kilka dni temu i tym razem jest bardzo jasna. - Nie ma unijnych reguł dotyczących zwrotu podatku, sprawę muszą rozstrzygnąć polskie sądy - napisał Walter Deffaa, dyrektor generalny Dyrekcji Podatków w Komisji.
Ale polskie sądy też boją się wydać wyrok, w którym chodzi o ponad 7 mld zł. Sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego poprosili o wydanie wyroku w rozszerzonym składzie sądu, a rozszerzony skład także jej nie rozstrzygnął - wysłał pytanie prawne do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał będzie musiał rozstrzygnąć, czy zgodny z konstytucją jest zwrot podatku firmie, która przerzuciła kosz tego podatku na konsumentów. Będzie to najdroższy wyrok w historii Trybunału. Dotychczas największe skutki finansowe miało wydane w 1993 r. orzeczenie o niekonstytucyjności zniesienia waloryzacji płac w budżetówce - kosztowało jednak "tylko" 35 bilionów starych złotych, czyli 3,5 miliarda nowych złotych.
Trybunał ma dwie możliwości - pierwsza to uznać, że wobec naruszenia unijnych przepisów akcyzę pobierano bezprawnie i jej zwrot jest zgodny z konstytucją. Druga - uznanie, że byłoby to niezgodne z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości, skoro faktycznie akcyzę zapłacili konsumenci.
Trzecie wyjście, czyli zwrot akcyzy wszystkim użytkownikom prądu, niestety nie wchodzi w grę - nie przewidują go przepisy.