Według wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego w 2009 r. wartość udzielonych przez banki
kredytów walutowych wzrosła o 4,4 mld zł, podczas gdy zadłużenie klientów, którzy dostali kredyty w naszej walucie, wzrosło aż o 16,2 mld zł. To oznacza, że tylko jeden na pięć-sześć (uwzględniając umocnienie złotego) nowych kredytów pod hipotekę banki udzielały w walucie obcej.
Jednak mniejsza popularność kredytów walutowych nie zmieniła zasadniczo struktury bankowych portfeli. Według KNF dziś wciąż 63 proc. naszych długów hipotecznych wyrażona jest w euro, frankach lub dolarach. Rok temu było to tylko o 7 proc. więcej. Udział kredytów walutowych w naszym łącznym zadłużeniu spada wolno, bo w poprzednich latach banki udzielały ogromnej liczby kredytów we frankach. I wciąż "wiszą" one w bankowych bilansach.
Czytaj też:
Kredyt studencki w PKO BP: bierzesz w Krakowie, bank każe spłacać w Gdańsku? Zerknij również:
Klient Samcik wreszcie zaklasyfikowany, czyli jak bank BGŻ buduje ciepłą relację W czasie kryzysu finansowego banki praktycznie zamknęły sklepiki z
kredytami walutowymi - udzielały klientom wyłącznie kredytów w złotych. Teraz
kredyty walutowe nieco się odblokowały, ale banki pożyczają już głównie euro (łatwiej dostępne i tańsze do pozyskania na rynkach międzynarodowych), a nie franki. W ostatnich kilku tygodniach kilka banków obniżyło nawet marże kredytów w euro. Tak postąpiły m.in. PKO BP,
BOŚ oraz skandynawska Nordea.
Tyle że stopy procentowe dla euro są wyższe niż dla franków, a nadzór finansowy zobowiązuje banki, by bardziej skrupulatnie badały zdolność kredytową klientów walutowych. To powoduje, że kredyty w euro nie są już tak atrakcyjne jak kiedyś te frankowe, choć rata przeciętnego kredytu w euro jest wciąż niższa o kilkanaście procent niż złotowego.
Sprawdź jak
listonosz może być Twoim bankomatem Czytaj też:
Reklama Polbanku robi nas w konia. Po prostu, po ludzku