Google we wtorek zapowiedział, że
nie chce dłużej cenzurować wyszukiwarki w Chinach , nawet za cenę wyjścia z rynku. Swoją decyzję tłumaczył m.in. cyberatakami na serwery kilkudziesięciu amerykańskich firm i włamaniem się na konta pocztowe obrońców praw człowieka w Chinach.
Mimo szerokiego poparcia amerykańskich polityków internetowy gigant nie ma jednak co liczyć na wsparcie swojego największego rywala - Microsoftu.
- Ataki to codzienność. Nie sądzę, by w tych akurat było coś nadzwyczajnego - mówił dziennikarzowi agencji Reuters Steve Ballmer, szef Microsoftu, po spotkaniu dotyczącym modernizacji serwisów internetowych Białego Domu. - Każdego dnia jesteśmy atakowani z każdego miejsca na świecie i sądzę, że inni również. Nie widzimy w tym nic nadzwyczajnego - dodał. Na pytanie, czy Microsoft też może wycofać się z chińskiego rynku, Ballmer odpowiedział krótko: "nie". - Nie rozumiem, jak to mogłoby w czymkolwiek pomóc. Nie rozumiem, w jaki sposób pomaga to nam, ani tego, jak to pomoże Chinom - dodał.
Wyszukiwarka Bing należąca do Microsoftu ma ledwie promil chińskiego rynku, może jednak zyskać po ewentualnym wycofaniu się Google'a, przejmując przynajmniej część z jego udziałów rynkowych szacowanych na blisko 30 proc. Liderem jest chińskie Baidu, które opanowało ponad 60 proc. rynku wyszukiwarek.
Stanowisko Microsoftu kontrastuje z poparciem, jakiego Google'owi udzielili amerykańscy politycy. Republikanie apelowali wczoraj do takich gigantów, jak Cisco Systems, Yahoo! i Microsoft, by koncerny dołączyły do Google'a i zaprotestowały przeciw cenzurze w Chinach. Rzecznik Białego Domu wzywał zaś w środę spółki technologiczne, by nie pomagały władzom w Pekinie w próbach ograniczania swobodnego przepływu informacji.