Kto zaatakował
Google'a?
Eksperci firmy IDefense Labs zajmującej się bezpieczeństwem w internecie twierdzą, że przy cyberatakach na Google'a i ponad 30 innych amerykańskich spółek (m.in. Yahoo, Symantec,
Adobe, Northrop Grumman czy Dow Chemical) korzystano z serwerów używanych przez chińskie władze.
Chodzi o upublicznione we wtorek włamania na konta pocztowe chińskich obrońców praw człowieka, do których doszło w grudniu ub.r. Sprawę nagłośnił Google (dotyczyła użytkowników skrzynki pocztowej
Gmail), mówiąc, że ataki pochodziły z Chin. Ale nie oskarżając bezpośrednio rządu w Pekinie.
Koncern zapowiedział, że nie chce już dłużej cenzurować wyszukiwarki w Chinach, nawet za cenę wycofania się z rynku. To precedens: do tej pory amerykańskie koncerny internetowe załatwiały spory z Chinami po cichu, nie chcąc psuć sobie interesów na wschodzącym rynku - według opublikowanych wczoraj danych w Państwie Środka jest 384 mln internautów, więcej, niż liczy ludność
USA.
O metodzie ataku wiadomo nieco więcej dzięki Microsoftowi - koncern oświadczył, że hakerzy wykorzystali usterkę starszej wersji przeglądarki Internet Explorer 6. Ale nie wygląda na to, by Microsoft chciał poprzeć Google'a w krytyce chińskiego reżimu. - Każdego dnia jesteśmy atakowani z każdego miejsca na świecie i sądzę, że inni również. Nie widzimy w tym nic nadzwyczajnego - mówił agencji Reuters Steve Ballmer, szef Microsoftu. Na pytanie, czy Microsoft też może wycofać się z chińskiego rynku, odpowiedział krótko: "nie". - Nie rozumiem, jak to mogłoby w czymkolwiek pomóc. Nie rozumiem, w jaki sposób pomogłoby to nam, ani jak pomogłoby to Chinom - dodał.
Efekt kuli śniegowej raczej nie będzie. Mimo że w spór, który ma duże znaczenie dla działalności zachodniego kapitału w Chinach, zaangażowała się administracja amerykańska. - Biały Dom często i bez ogródek mówił Chińczykom o tym, jak ważna jest dla nas możliwość nieograniczonego używania internetu i kwestie cyberbezpieczeństwa - mówi rzecznik Białego Domu Nick Shapiro. Republikanie apelowali do Cisco Systems, Yahoo! i Microsoftu, by dołączyły do Google'a i zaprotestowały przeciw cenzurze w Chinach. Zaś Departament Stanu zapowiedział wysłanie formalnej noty dyplomatycznej wyrażającej niepokój ostatnimi incydentami. Poprosi też rząd chiński o formalne wyjaśnienia.
Pekin próbuje zmarginalizować problem. Chińskie ministerstwo handlu zapewniło w piątek, że wycofanie się Google'a z Chin nie osłabi chińsko-amerykańskich więzi handlowych i gospodarczych. -
Chiny prowadzą otwartą politykę i zapewniają zachodnim inwestorom korzystne warunki - powiedziała rzeczniczka resortu. - Ale inwestorzy muszą przestrzegać chińskich przepisów. To samo dzień wcześniej mówiło chińskie MSZ. Zagraniczne firmy internetowe są mile widziane w Chinach, jeśli działają "zgodnie z prawem" - usłyszeli dziennikarze. A to w oficjalnej terminologii chińskiej oznacza cenzurę.
Na kompromis między największą wyszukiwarką i wschodzącym mocarstwem się nie zanosi. Chiny twardo bronią monopolu informacji, również w internecie.
Jak pisze amerykański dziennik "The Wall Street Journal", decyzję o publicznej krytyce Chin poprzedziła "ożywiona debata" w gronie założycieli wyszukiwarki. Kropkę nad i miał postawić Sergiej Brin, który od początku czuł się nieswojo z powodu ocenzurowania chińskiej wersji wyszukiwarki (jego rodzice uciekli z ZSRR). Jak twierdzą anonimowi rozmówcy dziennika, Brina zabolało to, że usługi Google'a - w tym wypadku konta Gmail - posłużyły do inwigilacji z powodów politycznych.