Nad polską debatą o stanie gospodarki i finansów publicznych oraz niezbędnych zmianach unoszą się wciąż polityczne upiory, a precyzyjniej duchy dość specyficznie pojmowanego politycznego realizmu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ekonomiści są przy tym obsadzani przez polityków w roli naiwnych
dzieci. Ot, durne maluchy, coś tam sobie bajdurzą w piaskownicy, ale to my, mężowie stanu, przez duże "M" ponosimy przecież koszty realizacji tych dziecięcych zachcianek. Dlatego przesiewamy starannie pomysły przez filtr realizmu, modyfikujemy je i spokojnie robimy swoje, nie oglądając się na niecierpliwych poganiaczy.
Mnóstwo ludzi dobrej woli dało się już nabrać na ten schemat, w którym naiwności proreformatorskiej grupki ekspertów, nieuwikłanych w bieżącą politykę, przeciwstawiany jest pragmatyzm i odpowiedzialność ludzi władzy. Tyle że jest to schemat kompletnie fałszywy, chociaż obudowany porażająco skutecznym PR-em.
W niedawnym publicznym wystąpieniu, którego byliśmy współinicjatorami, próbowaliśmy nakreślić konstruktywną propozycję podjęcia przez rząd działań, które ani nie były naiwne, ani szczególnie radykalne. To zebranie kilkunastu od lat powtarzanych postulatów, które mają zapobiec narastaniu długu publicznego nie tylko w okresie dekoniunktury, ale również prosperity (z czym mamy do czynienia od dobrych 20 lat).
W reakcji na to doczekaliśmy się wystąpienia ministra finansów, który był uprzejmy określić nas mianem tych samych ludzi, którzy jeszcze niedawno nawoływali do zwiększenia deficytu i długu publicznego, a teraz domagają się od rządu reform. Trudno nam to nawet komentować. Może poza jedną uwagą: kiedy wciąż, do każdego wystąpienia, przekleja się raz przygotowane gotowce, warto je może w końcu kiedyś przeczytać. To może pomóc zapobiec kompromitacji.
Z drugiej strony zebraliśmy solidne cięgi za naszą propozycję redefinicji długu publicznego uwzględniającą korzystne dla długu ukrytego efekty reformy systemu emerytalnego. Krytycy zarzucali nas historycznymi już bon motami w rodzaju: "Stłucz termometr, a zniknie temperatura". Miało z nich wynikać, że jesteśmy prorządowymi manipulatorami, a nie zwolennikami prawdziwych reform. Bo te - jak wiadomo - polegają na odrąbaniu siekierą nawisu transferów socjalnych itd...
Trudno, i tak dalej będziemy robić swoje, ostrzegając społeczeństwo przed szalonymi pomysłami polityków. Bo politycy wybierają i przebierają w arsenale propozycji eksperckich jak w ulęgałkach, wyciągając z nich nie to, co jest dobre dla kraju, ale to, co jest dobre dla nich samych, czyli te pomysły, które zwiększają szanse na ponowny wybór.
Byliśmy i jesteśmy w pełni świadomi, że zmiany w definicji długu publicznego, odsuwając nas od limitów ustawowych, nie tylko nic nie załatwią, ale tworzą dla polityków poważną pokusę nicnierobienia. Dlatego naszą propozycję uzupełniliśmy o postulat zredukowania obowiązujących dziś w ustawie o finansach publicznych procentowych limitów długu publicznego w relacji do
PKB o co najmniej połowę wielkości spadku długu. Jest dla nas symptomatyczne, że tego "bezpiecznika" nie zauważył ani minister finansów, ani ci od "zbijania termometru", ani piętnujący naciskaczy minister Michał Boni.
A przecież myśmy mówili wyraźnie: niech definicja długu publicznego stanie się spójna z wpływem reformy emerytalnej na cały dług, jawny i ukryty; niech jednocześnie przestrzeń uzyskana w relacji długu do PKB nie będzie zbyt szeroka, by polityków nie uśpić; niech wreszcie stanie się jasne, że uzdrowienie finansów publicznych wymaga dokończenia reformy emerytalnej, upowszechnienia i ujednolicenia systemu, zmian w zakresie podatków, składek, finansowania służby zdrowia, edukacji itd.
Postulowaliśmy, by wraz z wieloletnim planem konsolidacji rząd przedłożył projekty gotowych ustaw mających wpływ na rynek pracy i stopniowe wypieranie transferów socjalnych płynących dziś do ludzi w wieku produkcyjnym, przez wynagrodzenia pobierane za pracę.
Przyznawaliśmy, że nie ma większego wpływu tego rodzaju przedsięwzięć na natychmiastową poprawę pozycji fiskalnej; że w związku z tym potrzebne są działania doraźne usprawniające przepływ pieniędzy publicznych wewnątrz sektora, które zredukują gigantyczny dziś przekraczający 80 mld zł stan gotówki i depozytów, jakimi charakteryzuje się sektor publiczny w Polsce; wskazywaliśmy, że w Polsce przyrost długu publicznego jest niespójny z wielkością państwowych aktywów.
Gotowi byliśmy rozpocząć dyskusję na temat przemodelowania systemu
OFE. Chcieliśmy dyskusji o
benchmarku zewnętrznym, o zmianie opłat za zarządzanie w celu zwiększenia stóp zwrotu. O dostosowaniu modelu inwestycyjnego do wieku ubezpieczonego. Chcieliśmy zapobiec destrukcji systemu emerytalnego przez ograniczenie dopływu składek do OFE.
A co dostaliśmy? Połajanki. Wzgardliwe prychnięcia. Lekceważące machnięcie ręką. Przyklejano nam mniej lub bardziej otwarcie etykietki lobbystów idących na pasku funduszy emerytalnych. W poczcie zwrotnej na naszą propozycję odebraliśmy też garść nowych pomysłów płynących od przedstawicieli rządu. Te pomysły skupiają się na rozbijaniu reformy emerytalnej i osłabianiu zdolności inwestowania składek przez prywatne podmioty nimi zarządzające.
Dostaliśmy też, wraz z ojcowskim upomnieniem za nadpobudliwość, solenne zapewnienie, że w systemowej części reform wszystko jest pod kontrolą i teraz czekamy jedynie na pozytywne skutki wypełniania się kalendarza politycznego, aby zmiany odsztywniające wydatki
budżetu natychmiast mogły ruszyć z kopyta.
Musimy przyznać: jakaś kulawa wydaje się nam ta nasza dyskusja o przeszkodach na drodze do szybkiego i trwałego wzrostu. Okulawia ją nadmiar politycznej kalkulacji i głęboki niedobór otwartości. Jest też ona regularnie wykoślawiana pod względem merytorycznym, bo przedstawiciele rządu dosiedli swojego ulubionego konika, jakim jest obrona przyszłych emerytów przed zwyrodnieniami reformowanego od lat w poczuciu sukcesu systemu emerytalnego.
Nie mamy też przesadnego zaufania do zapewnień o kontrolowanym, rozpisanym na lata sposobie równoważenia finansów publicznych. Prawdę powiedziawszy, znacznie łatwiej uwierzyć nam w to, że po raz kolejny wraz z poprawą koniunktury wyziębiać się zacznie reformatorski zapał rządzących.
Rząd zupełnie niepotrzebnie marnotrawi czas na jałową dyskusję z tymi środowiskami, które suflując reformy, stoją po jego stronie. Rząd moderuje przy tym tę dyskusję i rozbija jej główny nurt różnymi "wrzutkami", które z systemowymi reformami pozostają w nad wyraz luźnym związku. Szkoda, bo można by ten czas wykorzystać znacznie lepiej: choćby na próbę formowania ponadpolitycznego porozumienia dla przerwania spirali narastania długu publicznego obciążającego zdolności rozwojowe kraju. Taka zgoda ubezpieczałby reformy, a nie pozycję aktualnego rządu.
Gdy nasze wnuki będą uczyły się historii Polski, to epizod obecnego rządu prawdopodobnie będzie się kojarzył z początkiem okresu silnego wzrostu zadłużenia Polski. I nikt wówczas nie będzie się bawił w niuanse. Kto wie, czy nie będzie wtedy funkcjonowała nowa jednostka miary: jeden tusk równa się sto miliardów, czyli tyle, co deficyt sektora w bieżącym roku.
Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu
Krzysztof Rybiński, profesor Szkoły Głównej Handlowej