Po pierwsze, zwykły ROR to nieocenione źródło wiedzy o naszych finansach. Bank jak na dłoni widzi, ile zarabiamy, skąd dostajemy pieniądze, ile wydajemy na utrzymanie, czy mamy oszczędności, czy żyjemy na kredyt, czy spłacamy zobowiązania na czas. Tak dokładnych informacji nie zdobędzie ani u naszego pracodawcy, ani w Biurze Informacji Kredytowej. A wiedza na temat klientów to rzecz dla banku najcenniejsza. Przekonały się o tym m.in. Kredyt Bank i mBank, które w okresie kredytowego boomu zachłysnęły się koniunkturą rynkową i zaczęły na potęgę pożyczać pieniądze klientom z ulicy na dowód, bez zaświadczenia o zarobkach. Liczyły na krociowe zyski z sięgających 30 proc. marż kredytowych. I się przeliczyły! Pożyczki gotówkowe zamiast maszynką do zarabiania pieniędzy okazały się kulą u nogi - banki mają problem z odzyskaniem co czwartej pożyczonej złotówki, muszą zaliczyć je do złych długów i zawiązać rezerwy, które pomniejszają ich zyski.
To nie wszystko! Zalegające na rachunkach oszczędności to dla banków gigantyczne źródło taniego pieniądza. Według Open Finance na nieoprocentowanych ROR-ach trzymamy w sumie 50 mld zł (dla porównania - w całym 2009 r. banki udzieliły kredytów hipotecznych na blisko 20 mld zł). Ponieważ pieniądze leżące na rachunkach są zwykle nieoprocentowane, to banki nie muszą za te oszczędności płacić nam ani grosza!
I jeszcze jedna sprawa - nawet jeśli ROR nic nas nie kosztuje, to za kolejne produkty finansowe zapłacimy. A bank, do którego wpływa nasza pensja, jest pierwszym, do którego zapukamy po rachunek oszczędnościowy, ubezpieczenie, rachunek inwestycyjny, kartę kredytową, pożyczkę gotówkową, a może nawet kredyt mieszkaniowy. Patrząc na nasze konto, dobry doradca z łatwością sprzeda nam produkty, które mogą być nam przydatne. Dlatego, kliencie, warto się cenić!