Według nieoficjalnych informacji, gdy
Google skontaktował się z Yahoo, by podzielić się wiedzą na temat grudniowych cyberataków z Chin (oba koncerny miały paść ich ofiarą), Yahoo o włamaniach na swoje serwery już wiedziało. Ale nie zdecydowało się - ani przed, ani po upublicznieniu tych informacji przez Google - na żaden publiczny gest. Spółka wystosowała jedynie komunikat popierający stanowisko Google, że ataki na infrastruktury spółek są mocno niepokojące, a łamaniu prywatności internautów trzeba się zdecydowanie sprzeciwiać.
Na odpowiedź strony chińskiej nie trzeba było długo czekać. I to nawet nie rządu, lecz chińskiej spółki, w dodatku z Yahoo powiązanej. Alibaba Group, największa firma z branży e-commerce w Państwie Środka, w której Yahoo ma 40 proc. udziałów, komunikat swojego mniejszościowego udziałowca nazwała "lekkomyślnym" ze względu na "brak dowodów".
Zdaniem ekspertów to nie tylko próba wykazania swojej lojalności wobec władz w Pekinie. Od pewnego czasu po rynku krążą pogłoski, że Alibaba naciska na Yahoo, by odsprzedało swoje udziały w grupie. Jednak amerykański koncern publicznie ogłosił, że to jego kluczowa inwestycja w Chinach.
Doniesień mediów nie potwierdza ani Yahoo, ani Google. Od zeszłego tygodnia, kiedy Google upublicznił informację o atakach na serwery 34 amerykańskich spółek, jedynie
Adobe Systems, Juniper Networks i Rackspace Hosting przyznały, że doświadczyły podobnych incydentów.