Jeszcze niedawno cieszyliśmy się, że sektor przedsiębiorstw przestaje zwalniać pracowników. Poziom zatrudnienia się stabilizował, urzędy pracy miały coraz mniej zawiadomień o zwolnieniach grupowych.
Na tym tle dane z grudnia, które wczoraj ogłosił GUS, mogą budzić niepokój - od listopada ubyło ponad 10 tys. miejsc pracy.
Ekonomiści jednak uspokajają - to spadek sezonowy; kończy się część prac w budownictwie czy ogrodnictwie. Ich zdaniem mamy ewidentne oznaki poprawy sytuacji na rynku pracy. Po pierwsze, między listopadem a grudniem 2008 roku ubytek miejsc pracy był trzy razy wyższy i wyniósł 33 tys. osób. Po drugie, spadek zatrudnienia wyhamował w ujęciu rocznym z 2,2 proc. w listopadzie do 1,8 proc. w grudniu. Ekonomiści
BRE Banku zwracają uwagę na poprawę koniunktury wśród przedsiębiorców, coraz bardziej skłonnych do zatrudniania nowych pracowników.
Cieszą też dane o wynagrodzeniach. Średnia płaca w grudniu wyniosła 3652 zł. Nie dość, że było to aż o 6,5 proc. więcej niż w grudniu 2008 roku (takiego wzrostu spodziewali się tylko najwięksi optymiści na rynku), to na dodatek średnia
pensja po raz pierwszy od kilku miesięcy wzrosła silniej niż ceny w tym czasie (
inflacja w grudniu wyniosła 3,4 proc.). A więc realnie można było za nią kupić więcej.
Jednak te 6,5 proc. wzrostu to też zasługa wypłat premii górnikom. - Prawdopodobnie wypłaty dodatkowych świadczeń w górnictwie, które w 2008 roku przypadły na listopad i grudzień, w roku 2009 skumulowały się w grudniu - komentuje Paweł Kolski, ekonomista Banku BPH.
Analitycy
BRE Banku przypominają, że płace w przetwórstwie przemysłowym wzrastają, i spodziewają się, że niebawem
pensje w całym sektorze przedsiębiorstw będą rosły (już bez statystycznego "efektu Barbórki") o 4-5 proc. A ponieważ inflacja będzie od stycznia ostro spadać, to średnia pensja będzie realnie więcej warta. Bo na znaczące podwyżki płac w tym roku nie ma co liczyć.