Przemysław Poznański: UKE pogroziło wam palcem. Namawialiście klientów do kupienia waszej oferty, ale nie byliście w stanie ich obsłużyć. Zainteresowanie was przerosło? Mirosław Godlewski: UKE dostał skargi klientów, więc spytał nas, co się dzieje. Osobiście przedstawiłem pani Annie Streżyńskiej, prezes UKE, powody tych przejściowych kłopotów, które pojawiły się pod koniec ubiegłego roku. Przekazaliśmy też regulatorowi informację, że do końca marca powinniśmy opanować tę sytuację.
A poszło o olbrzymie zainteresowanie naszą ofertą dostępu do internetu, ogłoszoną w "kampanii hipnotyzującej" z Tomaszem Kotem w roli hipnotyzera. Już w październiku zauważyliśmy zwiększone zainteresowanie klientów, przede wszystkim na infolinii. Do tego doszedł fakt, że wysłaliśmy nowe faktury do byłych klientów Tele2
Polska [przejętego przez Netię w 2008 r.]. Jak się okazało, pojawiły się - w kilkudziesięciu tysiącach przypadków na pół miliona klientów - pewne błędy w owych fakturach. To razem zaczęło zatykać infolinię i dział obsługi klienta. Pierwszym krokiem z naszej strony było zwiększenie liczby konsultantów - od tamtej pory ich liczba wzrosła o ponad 70 proc. Teraz widzimy już uspokojenie sytuacji - są pory dnia, kiedy na infolinii nie ma już żadnych kolejek oczekujących. Kończymy już wysyłanie korekt do źle wystawionych faktur. Zostało ich kilka tysięcy.
O ile zainteresowanie waszą ofertą przerosło oczekiwania? - Po dość słabej pierwszej połowie roku, charakteryzującej się zmniejszeniem wzrostu całego rynku, obniżyliśmy prognozy. Poinformowaliśmy, że do końca roku będziemy mieli 510 tys. klientów zamiast - zapowiadanych wcześniej 525 tys. Po trzecim kwartale, gdy zauważyliśmy odbicie, ponownie wróciliśmy do 525 tys. i liczba ta wydawała się realna. Tymczasem rok zakończyliśmy na poziomie prawie 560 tys., w tym prawie 17 tys. klientów pozyskanych przez przejęcia sieci ethernetowych [sieci lokalnych, np. osiedlowych dostawców internetu]. To o niemal 10 proc. więcej, niż zakładaliśmy. Niestety, spowodowało to w niektórych przypadkach opóźnienia w podłączeniach, czasem tak duże, że część klientów rezygnowała ze zmiany operatora na Netię. Ale ci, którzy byli nieco bardziej cierpliwi i wyrozumiali, są podłączani na bieżąco, albo mają aktywowaną usługę z niewielkim poślizgiem.
Ilu klientów chcecie zatem zdobyć do końca 2010 r.? - To zdradzimy dopiero 22 lutego, przy okazji prezentacji wyników za 2009 r. Liczba klientów internetowych to jeden z najważniejszych składników, którymi kierują się w naszym przypadku inwestorzy giełdowi. Mogę jedynie powiedzieć, że utrzymamy dynamikę - kilkadziesiąt tysięcy nowych klientów kwartalnie. Średnioterminowy cel dla spółki to zdobycie miliona klientów internetu do 2012 r., a zatem minęliśmy półmetek. Ten cel osiągniemy tak jak dotychczas - poprzez przekonywanie do naszych usług oraz poprzez przejmowanie małych lokalnych sieci ethernetowych. W tej technologii chcemy mieć docelowo około 200 tys. klientów. Obecnie mamy nieco ponad 105 tys.
To oznacza, że w tym roku też będziecie przejmować. - Tak. Chciałbym nawet zwiększyć tempo akwizycji.
Macie dość pieniędzy, aby kupić Dialog? O chęci sprzedaży tego operatora wspominał ostatnio prezes KGHM - właściciela Dialogu. - Ale ja nie wiem, czy Dialog jest na sprzedaż! To są tylko doniesienia medialne. Jesteśmy gotowi o przejęciu Dialogu rozmawiać.
Mamy finansowanie, żeby kupić Dialog - 211 mln zł gotówki, otwartą, niewykorzystaną linię kredytową na 295 mln zł oraz znaną nam gotowość banków do sfinansowania przejmowania przez nas większych podmiotów. Banki zgadzają się już na udzielanie kredytów w wysokości podwójnego zysku EBITDA [zysk operacyjny powiększony o amortyzację]. Nasza prognozowana EBITDA za 2009 r. to 295 mln zł, więc łatwo obliczyć, ile środków jesteśmy w stanie zgromadzić. Wygląda na to, że możemy mieć więcej, niż wynoszą wyceny takich podmiotów jak Dialog.
W tym miesiącu mijają trzy lata od momentu, kiedy zasiadł pan w fotelu prezesa Netii. Jak pan ocenia ten okres? - Przyznam, że początki w Netii były trudne. Nie dość, że Netia nie miała wtedy najlepszej opinii u inwestorów, to jeszcze wyrażano obawy, że sobie nie poradzę, bo nie mam doświadczenia w branży telekomunikacyjnej [wcześniej Mirosław Godlewski kierował m.in. Opocznem i polskim oddziałem PepsiCo]. Byliśmy niczym niewyróżniającym się, jednym z 14 operatorów alternatywnych i mało kto wierzył, że to się może zmienić, a jednak tak się stało.
Proszę też pamiętać, że wtedy dopiero rodził się w Polsce naprawdę konkurencyjny rynek. Gdy na stanowisku prezesa UKE nastała pani Anna Streżyńska, wprowadzono w życie pierwsze regulacje uwalniające rynek dostępu do internetu. Wtedy też zresztą - podobnie jak pod koniec ubiegłego roku - z naszych usług chciało skorzystać o wiele więcej klientów, niż się spodziewaliśmy w najśmielszych planach.
Rzeczywiście, zaczęliście od głośnych kłopotów z przejmowaniem klientów TP. - Takie są początki. Ale gdyby dziś spytać tamtych klientów, którzy tygodniami czekali na podłączenie, czy są zadowoleni, to w przeważającej większości odpowiedzą twierdząco. Widać to po liczbie ówczesnych klientów, którzy odnowili kontrakty.
Trzy lata temu mało kto wierzył w trwałość zmian. Proszę pamiętać, że TP - która zresztą wtedy miała wciąż praktyczny monopol na rynku - regularnie wracała z zarzutem, że prezes Streżyńska została powołana nielegalnie. Jednak to właśnie determinacja pani prezes sprawiła, że dziś mamy zupełnie inną rzeczywistość. W grudniu podpisaliśmy z TP porozumienie i dziś jestem pod wrażeniem diametralnej zmiany podejścia Telekomunikacji Polskiej. Problemy wciąż są, ale chęć ich rozwiązywania ze strony TP i szybkość reakcji są nieporównywalne z wcześniejszymi.