W mijającym roku wzrost Chin wyniósł 8,7 proc. - ogłosił chiński urząd statystyczny. To więcej niż zakładane 8 proc. oceniane w Chinach jako minimum konieczne, by tworzyć nowe miejsca pracy w 1,3-miliardowym szybko urbanizującym się kraju.
Z danych wynika, że
Chiny wyszły z globalnego kryzysu gospodarczego, który w ich przypadku objawił się spowolnieniem wzrostu po utracie rynków zachodnich, masowymi bankructwami i 20 milionami bezrobotnych. Czy jednak prześcignęły Japonię i można je określać drugą gospodarką świata? Tak to wczoraj zrobiły media w Hongkongu. "South China Morning Post" powołuje się na analityków, którzy pytani przez Reutersa prognozują, że w 2010 r. wzrost
PKB Chin sięgnie 9,5 proc. Inni ekonomiści są bardziej ostrożni i radzą poczekać, aż
Japonia ogłosi własne wyniki. Zrobi to za miesiąc.
Ale wiadomości z Kraju Kwitnącej Wiśni są mało pocieszające. Japonia nie wychodzi z recesji, według prognoz skończy 2009 r. na minusie (-6 proc. PKB). Zamiana miejsc między sąsiadami wydaje się więc nieuchronna, i to gdzieś w 2010 r. - mówią ekonomiści. Sami Chińczycy są jeszcze bardziej ostrożni. - Gospodarka chińska przeżyła poważne problemy, ale jest na dobrej drodze - powiedział szef chińskiego biura statystycznego Ma Jiantang. Ale jak gdyby chcąc uspokoić świat, że Chiny nie są takie groźne, przypomniał, że 150 mln Chińczyków żyje poniżej progu ubóstwa, za mniej niż 1 dol. dziennie.
Dokładność chińskich statystyk była nieraz kwestionowana, ale nie ulega kwestii to, że gospodarka przyspiesza. W I kw. 2009 r. PKB powiększył się bowiem tylko o 6,1 proc., a zrewidowane dane za III kwartał 2009 r mówią już o wzroście 9,1 proc. Jednocześnie podano, że produkcja przemysłowa wzrosła o 18 proc. w czwartym kwartale, a o 11 proc. w skali roku. Dobre wyniki odnotowała też sprzedaż detaliczna, która w mijającym roku wzrosła o 15,5 proc.
To, czego boją się Chiny, to
inflacja. W czwartym kwartale 2009 r. wzrost PKB wyniósł 10,7 proc. Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzegły niedawno Chiny, że grozi im bańka spekulacyjna związana ze zbyt wielką liczbą udzielanych kredytów. Pekin jest teraz pod presją, by zapobiec przegrzaniu.
Może przestaną naciskać na pedał gazu w formie agresywnej stymulacji gospodarki, w którą już wstrzyknęły 586 mld dol. i użyją hamulca? - pisze korespondent BBC. Ale taka zmiana odbiłaby się poważnie na światowej gospodarce coraz bardziej zależnej od wzrostu Chin.
- Będziemy uważnie śledzić ruch cen - zapewnił główny statystyk kraju Ma Jiantang. Uspokajał, że w jego ocenie w 2010 r. inflacja będzie "stosunkowo łagodna". W listopadzie 2009 r. ceny detaliczne na chińskim indeksie wzrosły o 0,6 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem, a w grudniu wzrost cen wyniósł już 1,9 proc.
W czwartek chiński
bank centralny podniósł po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni stopę procentową dla trzymiesięcznych obligacji, by zahamować falę za łatwo udzielanych kredytów. Bankom chińskim, które są nadal państwowe, kazano też podnieść zabezpieczenia kapitałowe od ryzyka niespłacalnych kredytów.