Komentarz: najpierw restrukturyzacja, potem nowa kolekcja Spółka złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości w maju ubiegłego roku. Zarząd podjął taką decyzję w związku z pogarszającą się sytuacją spółki w okresie kryzysu oraz zakończeniem pierwszego kwartału stratą netto w wysokości 13,9 mln zł - podała wtedy w komunikacie.
Co zawiodło? Nietrafiony okazał się pomysł ekspansji zagranicznej. Gwoździem do trumny był też upadek spółki zależnej Molton, co pociągnęło za sobą ogromne odpisy i doprowadziło do bardzo dużych strat.
Monnari było mocno zadłużone. - Jest kryzys, więc banki nie dały nam kredytów, które były umówione już rok wcześniej - opowiada Banasiak. - Zablokowano nam konta. Przez
kurs euro czynsze poszły w górę o 40 proc. Sklepy zaczęły wypowiadać umowy najmu. Monnari złożyło w łódzkim sądzie wniosek o upadłość. - W piątek Sąd Rejonowy w
Łodzi zmienił rodzaj upadłości Monnari Trade z likwidacyjnej na układową - informuje Agnieszka Chojnicka, kierownik wydziału ds. upadłościowych i naprawczych łódzkiego sądu.
Dla spółki może być to punkt zwrotny. Zarząd ma już przygotowane strategie działania. Liczy na to, że w ciągu trzech miesięcy podpisze układ z wierzycielami. Oprócz tego zamierza zrezygnować z rozwoju sieci salonów i wstrzymać ekspansję zagraniczną. Planuje zlikwidowanie sklepów działających pod marką Pabia i skoncentrowanie się na podstawowej działalności pod marką Monnari.
Działania takie mają ustabilizować sytuację spółki. W najbliższych latach Monnari Trade zamierza konsekwentnie realizować swoją misję, której celem jest osiągnięcie wiodącej pozycji wśród firm odzieżowych z uznaną marką w Polsce - pisze zarząd Monnari w raporcie.
Tak się zaczęło Pomysł na firmę pojawił się 12 lat temu. Założenie było proste - 300 sklepów w Europie - tak wymyśliła trójka przyjaciół, siedząc przy kawie. Założyli Monnari.
Marek Banasiak i jego żona Anna ukończyli organizację i zarządzanie na Uniwersytecie Łódzkim. Po studiach ona pracowała w branży odzieżowej. On krawiectwo wyniósł z domu. - Moja mama uczyła szycia w szkole - wspomina. Założyli więc firmę odzieżową. Zaczęli od bluzek, bo one były najtańsze, a nie mieli wiele pieniędzy.
Mirosław Misztal - trzeci wspólnik - szył kilka tysięcy sztuk miesięcznie. Pierwsze dwa lata pracy to jeżdżenie po Polsce i stukanie do sklepów. Firma się rozwijała, a zyski przeznaczała na inwestycje. Po czterech latach wstawiali bluzki do 2 tys. sklepów w Polsce. Wymyślali po kilka wzorów koszul miesięcznie, m.in. słynną na rynku bluzkę do
zupy grzybowej, czyli błyszczącą, szykowną, doskonale nadającą się na rodzinną wigilię.
W 2002 r., po czterech latach od założenia firmy, pomyśleli, że warto przekształcić spółkę w akcyjną i zacząć tworzyć własną kolekcję. - Przebyliśmy drogę od naśladownictwa do kreacji - ogłosili wtedy z dumą.
Wiedzieli, że to ryzykowny biznes. - Producent tkanin przywozi 15 tys. próbek tkanin. Z nich trzeba wybrać zaledwie kilka. Gdy nie trafi się w gusta kobiet i aktualną modę, klapa murowana - przyznawali.
Firma szyła ubrania dla kobiet powyżej 30. roku życia. Aktywnych, lubiących bawić się modą, chcących jednocześnie czuć się elegancko. Liczyła się swoboda i odwaga, nie przeszkadzało, że kobiecie widać będzie ramiączko czy kawałek biustu.
Monnari nie szyło. Zlecało to zadanie zewnętrznym firmom w Polsce, Turcji, we Francji i w Chinach. A surowce kupowało m.in. w Europie Zachodniej,
Peru i Brazylii. Z Polski pochodził len.
Kłopoty zaczęły się na koniec 2008 roku, wraz z nadejściem kryzysu.
Prezes ustąpił
W sierpniu ubiegłego roku Marek Banasiak złożył rezygnację z funkcji prezesa zarządu spółki. Nadal jest z nią związany Mirosław Misztal, który pełni funkcję wiceprezesa.