Gdy kryzys uderzył, większość rządów państw UE odpowiedziało "pakietami anty-kryzysowymi" sprowadzającymi się zazwyczaj do jednego - gwałtownego wydawania publicznych pieniędzy bądź w postaci zasiłków, ulg podatkowych, bądź pożyczek dla banków, premii do kupna samochodów i dużych zamówień publicznych. Wiele rządów skorzystało ze wszystkich tych metod naraz.
Przy dramatycznie spadających wpływach z podatków, efekt takiego szaleńczego wydawania pieniędzy mógł być tylko jeden. Unia Europejska Anno Domini 2010 jest wspólnotą państw zadłużonych po uszy, w której dotychczasowe reguły, zapisane w "świętym" pakcie stabilizacji i rozwoju - deficyt budżetowy poniżej 3 proc., zadłużenie publiczne nie wyższe niż 60 proc. - zostały ciśnięte w kąt. "Stara" Europa przez lata obiecywała sobie, że przestanie żyć na kredyt i wydawać więcej, niż zarabia. Ale gdy zaczął się palić dom, zachodni Europejczycy uznali, że pożar trzeba ugasić, zasypując go pieniędzmi. Pożyczonymi.
465 proc. długu
Statystyki wyglądają dramatycznie. Weźmy przykład Holandii. W 2009 r. jej finanse publiczne przeżyły największa katastrofę w powojennej historii. Jeszcze w 2008 r. budżet holenderski miał 0,7 proc. PKB nadwyżki. W 2009 r. runął w dół, dochodząc do 4,7 proc. deficytu. To był efekt rządowego planu antykryzysowego, który wydał miliard euro m.in. zasiłki dla bezrobotnych.
Komisja Europejska prognozuje, że w 2010 r. holenderski deficyt wzrośnie do 6,1 proc. i dopiero w kolejnym roku zacznie wyhamowywać - do 5,6 proc. PKB. W sąsiedniej Belgii w tym samym czasie dziura w budżecie państwa będzie miała odpowiednio 5,9 i 5,8 proc. PKB.
To oznacza, że Belgia w tym roku znów przekroczy 100 proc. długu publicznego, Holandia zaś - która ostatnią dekadę spędziła na skutecznym spłacaniu starych długów - wraca do 65 proc. zadłużenia. Z 45 proc. ledwie trzy lata temu!
Nad Sekwaną nie jest lepiej. Rząd już przyznał, że poziom długu dobije do 83 proc. PKB, zaś tegoroczny deficyt - wedle prognoz Komisji - 8,2 proc.
W Hiszpanii tegoroczny deficyt wyniesie ponad 10 proc. Hiszpanie mogą się pocieszać, że dług publiczny jest jeszcze stosunkowo mały (63 proc. PKB), i dopiero w 2011 r. spuchnie do 74 proc.
Takiej poduszki bezpieczeństwa nie mają już Włosi. Deficyt też ponad pięcioprocentowy, a dług już... 116 proc.
Francji, Włochom czy Hiszpanom daleko jednak do europejskich rekordzistów. W naprawdę dramatycznej sytuacji znalazła się Irlandia (14,7 proc. deficytu w tym i przyszłym roku i ponad 82 proc. długu) i Grecja (12,2 proc. PKB na minusie w 2010 r. i 12,8 proc. w przyszłym roku, przy 135-procentowym zadłużeniu!).
Agencje ratingowe, badające wiarygodność kredytową państw czy spółek, zaczynają otwarcie wątpić, czy Grecja jest w ogóle w stanie opanować swoje zadłużenie i jednocześnie prowadzić "normalną" politykę budżetową, tj. finansować służbę zdrowia, edukację, policję i wojsko.
W niewesołej sytuacji są też Brytyjczycy: ich dług publiczny w tym roku to "tylko" 80 proc., ale jeśli doliczyć także zadłużenie firm i gospodarstw prywatnych - to okaże się, że Brytyjczycy są winni światu 465 proc. swojego PKB. To już są proporcje, które zahaczają o szaleństwo.
Na tle państw "starej" Unii, zwłaszcza Greków, kraje naszego regionu wyrastają (choć tylko na papierze) na państwa pozbawione trosk. Estonia w przyszłym roku będzie miała 3-proc. deficyt i nieco ponad 13-proc. dług publiczny. Czechy - 5,7 proc. deficytu i 44 proc. długu.
Polska - według prognoz Komisji, różniących się od prognoz Ministerstwa Finansów - w br. będzie miała 7,5 proc. deficytu i 57-procentowe zadłużenie. Paradoksalnie, najniższym deficytem finansów publicznych może pochwalić się najbiedniejsza Bułgaria. W 2010 r. Bruksela prognozuje jej 1,2 proc. na minusie, rok później - tylko 0,4.
Komisja Europejska już nakreśliła czarny scenariusz, co się stanie, jeśli rządy unijne nie podejmą reformy swoich finansów: w 2020 r. cała Unia będzie miała dług publiczny większy niż 120 proc. swojego PKB. Żeby dać pojęcie, o jakich kwotach mówimy: to ponad 15 bilionów (dwanaście zer po 15) euro. I to licząc po dzisiejszych cenach!
I co teraz zrobimy?
Dobra wiadomość jest taka, że Europa chce reform. Ani Komisja Europejska, ani rządy w głównych gospodarkach Europy nie próbują szukać jakichś "cudownych recept", ale mówią wprost: jak najszybciej się da, trzeba wrócić do wcześniejszych zasad, czyli do deficytu nie większego niż 3 proc., do ograniczonego długu publicznego. - Strefa euro powinna skoncentrować się na stosowaniu własnych reguł budżetowych - mówił kilka dni temu kandydat na komisarza ds. monetarnych Olli Rehn.
Konsolidacji finansów publicznych nie da się przeprowadzić w rok - ale najważniejsze jest to, że gospodarcze lokomotywy Unii zdały sobie sprawę, że innego wyjścia nie ma. Równie ważne jest też to, że rządy zrozumiały, że kolejne kilka lat nieco szybszego wzrostu gospodarczego nie wystarczy, żeby groźne długi i deficyty same z siebie wyparowały.
Ton debacie nadały Niemcy. - Rekomendacja Komisji Europejskiej, by ciąć nasz deficyt i trzymać się zasad paktu stabilizacji i rozwoju są przydatne. Musimy zobowiązać się, że wszyscy inni w Europie zaakceptują i wdrożą te rekomendacje w życie - stwierdził niemiecki minister finansów Wolfgang Schauble, przemawiając w ubiegły wtorek przed Bundestagiem. - To spowoduje niemożliwe do opisania problemy dla niektórych państw członkowskich, ale nie ma żadnej odpowiedzialnej alternatywy - dodał Schauble, ledwie ukrywając, że ma na myśli głównie Grecję.
Niemców też czeka bolesne zaciskanie pasa. Na wszelki wypadek zarzucili kotwicę - wpisali do konstytucji, że do 2016 r. deficyt budżetu federalnego nie może przekroczyć 0,35 proc. Do 2020 r. wszystkie budżety landowe muszą mieć takie same dochody jak wydatki. A to oznacza, że mają raptem kilka lat, żeby zejść z 5-proc. deficytu. Ale - jak Schauble tłumaczył posłom do Bundestagu - warto poświęcić się w obronie stabilności euro, bo bez niego kryzys byłby jeszcze większym koszmarem.