Obama wypowiedział wojnę i wytyczył linię Maginota. Jego przeciwnik, niczym zły robot w "Terminatorze II", pozornie rozsypał się na kawałki, by po chwili "siup" scalić się i zaatakować z nową siłą. Lecz Obama spuścił mu łomot.
W ten sposób światowa prasa opisuje starcie amerykańskiego prezydenta z sektorem bankowym.
W ubiegłym tygodniu Obama powiedział: "Jeśli ci ludzie chcą wojny, będą ją mieli, jestem gotów. Nigdy już amerykańscy podatnicy nie będą zakładnikami banków zbyt dużych, by upaść".
Jeśli uda mu się przeforsować proponowane rozwiązania w Kongresie, skończą się tłuste lata dla finansistów z Wall Street. Prezydent chce zakazać bankom, których depozyty objęte są rządowymi gwarancjami, obrotu własnymi aktywami oraz tworzenia funduszy hedżingowych i specjalizujących się w spółkach pozagiełdowych. Właśnie te dziedziny działalności banków inwestycyjnych Biały Dom obarcza winą za kryzys i uważa, że niosą one zbyt wielkie ryzyko dla całego systemu finansowego. Obama chce też ograniczyć dopuszczalną wielkość banków wobec silnych tendencji konsolidacyjnych w branży.
Cudowne i błyskawiczne ozdrowienie sektora bankowego po najgłębszej zapaści od kilkudziesięciu lat oraz tradycja nagradzania swoich menedżerów gigantycznymi premiami bez względu na okoliczności wzbudziły głęboki niepokój w kraju, w którym rynek pracy wciąż nie podniósł się z wywołanego przez bankierów kryzysu. Komentarze bliskich apopleksji polityków i dziennikarzy po ostatnich ekscesach płacowych na Wall Street doprowadziły opinię publiczną do punktu wrzenia. A czarę goryczy przelała 9-mln premia Johna Havensa, jednego z szefów przynoszącej ciągle straty Citigroup.
Dziś całe Wall Street drży w posadach. Ostatni tego kalibru atak na sektor finansowy władze przypuściły w 1933 roku, chcąc uchronić gospodarkę przed kolejnym kryzysem. Na mocy ustawy Glassa i Steagalla odzielono wówczas bankowość detaliczną i komercyjną od inwestycyjnej. Ustawa ta przestała obowiązywać dopiero w 1999 roku, co doprowadziło np. do powstania Citigroup z połączenia banku i towarzystwa ubezpieczeniowego. W ciągu kolejnej dekady Citigroup stała się finansowym gigantem, a gdy przyszedł kryzys - workiem bez dna na pieniądze podatników.
Czy dojdzie teraz do przycięcia skrzydeł nadmiernie rozrośniętym molochom? Nie wszyscy tak jak Citi mają straty. Jest też Goldman Sachs, który wypracował w 2009 roku ponad 13 mld dol. zysku, a ponad 16 mld przeznaczył na wynagrodzenia. Niewątpliwie to, co robi, robi świetnie, ale czy na pewno leży to w czyimkolwiek interesie poza wąską elitą finansistów?
Propozycja Obamy stawia pod znakiem zapytania najbardziej ryzykowny obszar działalności do tej pory przynoszący bankom inwestycyjnym największe zyski i może wymusić wydzielenie części z konglomeratów bankowych takich jak Citigroup czy Bank of America. Pierwsze reakcje na gniewne przemówienie prezydenta wskazują, że to nie przelewki. Na Wall Street padł strach. Kursy akcji banków straciły w piątek po kilka procent. Ale przeciwnik nie podda się bez walki. Stowarzyszenie branżowe największych banków Financial Services Roundtable natychmiast opublikowało suchy komunikat: "Propozycja ta ograniczy kredyty, zwiększy ryzyko, zmniejszy stabilność systemu i ograniczy nasze możliwości tworzenia miejsc pracy".