Jan Józef Wedel, ostatni przedwojenny właściciel i dyrektor słynnej warszawskiej fabryki czekolady Wedla, zapewne nigdy nie przypuszczał, jak burzliwie potoczą się po 1945 r. losy słynnej marki czekolady, która zdobyła sobie uznanie dzięki jego ojcu Emilowi Wedlowi. Przed wojną spółka szybko się rozwijała. Produkowała nie tylko czekoladę, ale także biszkopty, wafle i cukierki. Obok sklepów w kraju miała nawet jeden w Paryżu, dokąd towar dostarczała własnym samolotem. Przeżyła nacjonalizację w PRL, prywatyzację w III RP, a potem rozpoczęła się karuzela prywatnych właścicieli. Teraz znowu idzie pod młotek. Ale po kolei.
Po wojnie władza ludowa znacjonalizowała fabrykę Wedla i pod nazwą ZPC im. 22 Lipca działała ona do upadku PRL. Od lat 60. do nazwy dodawano "dawniej E. Wedel", nawiązując do przedwojennej tradycji.
Mimo że nie uregulowano spraw ze spadkobiercami Wedla, firma należała do pierwszych wielkich zakładów sprywatyzowanych przez rząd po 1989 r. Minister Janusz Lewandowski sprzedał za 25 mln dol. 40 proc. akcji spółki amerykańskiemu koncernowi PepsiCo, znanemu bardziej z produkcji przekąsek i napojów gazowanych niż czekolady, ale wtedy nikt na to nie zwracał uwagi. Wedel trafił na warszawską giełdę i stał się tam jedną z flagowych spółek. PepsiCo dzięki Wedlowi zdobyło bardzo mocny przyczółek na polskim rynku spożywczym. Rząd zgarnął gotówkę ze sprzedaży akcji, a przykład Wedla miał zachęcać do prywatyzacji innych inwestorów.
Wszyscy byli zadowoleni poza spadkobiercami Jana Józefa Wedla. Toczyli oni sądowe boje nie tyle o sam znacjonalizowany majątek fabryki, ile o prawo do używania znanej od 140 lat nazwy E. Wedel. Prospekt emisyjny Wedla z 1991 r. wspominał o roszczeniach spadkobierców. To dla nich m.in. zarezerwowano 5 proc. akcji. Udało im się nawet chwilowo odnieść sukces, bo sąd uznał, że d. Zakłady 22 lipca bezprawnie posługują się nazwą E. Wedel. Ale Wedel i PepsiCo wystąpili do ministra sprawiedliwości o rewizję nadzwyczajną tego wyroku. Sąd Najwyższy unieważnił wyrok i spółka dalej posługiwała się sporną nazwą. Spór ciągnąłby się przed polskimi sądami pewnie jeszcze przez wiele, wiele lat, gdyby PepsiCo nie postanowiło pozbyć się spółki.
Najpierw Wedel został zamieniony w holding czterech spółek: jedna produkowała cukierki (Syrena), druga czekoladę (zakład na warszawskiej Pradze), trzecia pieczywo cukiernicze (zakład w Płońsku), a czwarta - słone przekąski. Tak naprawdę PepsiCo zależało tylko na tej ostatniej - Frito Lay, która w nowo wybudowanej fabryce w Grodzisku Mazowieckim wytwarzała chipsy. Pierwsza pod młotek poszła najmniej dochodowa fabryka produkująca cukierki. Kupił ją fiński Leaf za 40 mln zł. Później Wedel został wycofany z giełdy, pokawałkowany i rozsprzedany. Najcenniejszą część czekoladową w 1998 r. kupił brytyjski Cadbury, który próbował wcześniej zawojować polski rynek własną marką, ale w starciu z Wedlem nie miał szans. Brytyjczycy bali się jednak kupować markę obciążoną roszczeniami spadkobierców. PepsiCo nie miało wyboru. Wedel zawarł ugodę z dziesięcioma spadkobiercami Jana Józefa Wedla oraz przedwojenną spółką E. Wedel, która została przez nich reaktywowana, bo - jak się okazało - nikt nie wykreślił jej z rejestru handlowego. Nieoficjalnie wiadomo, że kosztowało to Wedla 5 mld dol. W ten sposób Cadbury miało wolną drogę do używania nazwy E. Wedel na czekoladach i mogło tak nazwać swoją spółkę. Udzieliło też licencji Danone'owi na używanie nazwy na delicjach i pieguskach, bo to właśnie Francuzi kupili od PepsiCo fabrykę pieczywa cukierniczego.
Po sprzedaży swoich przedsiębiorstw spółka Wedel pozostała bez majątku i została zlikwidowana. Ale co ciekawe, zakończyła żywot wcale nie jako Wedel, ale jako spółka o dość oryginalnej nazwie... 25 Kwietnia, bo ta data podobno kojarzyła się z początkami inwestycji PepsiCo w Polsce. PepsiCo zarobiło na podziale Wedla krocie. Cadbury zapłacił 76,5 mln dol. za część czekoladową, a Danon - 80 mln dol. za ciasteczka
Dla wielbicieli wedlowskiej czekolady czy torcików roszady właścicieli przeszły niezauważone, bo na sklepowych półkach nic się nie zmieniło. Przez kolejne 11 lat marka Wedel rozwijała się pod skrzydłami Cadbury i pozostała numerem jeden na polskim rynku czekolady. Morderczo konkurowała z czekoladami innych potentatów: Goplaną należącą do szwajcarskiej Nestle i Milką oraz Alpen Gold amerykańskiego giganta spożywczego Kraft. Nestle uznało, że z Goplaną nic nie zwojuje, i sprzedało markę razem z poznańską fabryką Jutrzence kontrolowanej przez wielkopolskiego przedsiębiorcę Jana Kolańskiego. Pięć lat temu historia Wedla zatoczyła koło, bo Leaf odsprzedał Cadbury-Wedel część firmy produkującą cukierki Hops!, sezamki AHA i Chałwę Królewską wraz z liniami produkcyjnymi, którą wcześniej kupił od Wedla.
I pewnie jeszcze długo wedlowska czekolada byłaby produkowana przez Cadbury, gdyby pięć miesięcy temu prezes Krafta Irene Rosenfeld nie oświadczyła szefowi Cadbury Rogerowi Carrowi, że chce kupić jego firmę. Zaoferowała ok. 17 mld dol. Władze Cadbury broniły się twardo przed wrogim przejęciem, ale Kraft w końcu dopiął swego, gdy podbił stawkę do 19,5 mld dol. Fuzja Krafta z Cadbury oznacza, że Wedel musi poszukać sobie znowu nowego właściciela. Komisja Europejska, widząc groźbę zmonopolizowania polskiego rynku słodyczy, wydała zgodę na przejęcie Cadbury przez Krafta, ale pod warunkiem, że Cadbury pozbędzie się swoich interesów w naszym kraju, gdzie na półkach sklepowych Alpejskie Mleczko (Kraft) konkuruje z Ptasim Mleczkiem (Cadbury-Wedel), a Milka (Kraft) z czekoladami Wedla. Szczególne zagrożenie monopolem widziała na rynku tabliczek czekolady. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów utajnił na wniosek zainteresowanych dane o udziale w rynku Cadbury i Krafta, ale wiadomo, że ich połączony udział w rynku tabliczek czekolady musi przekraczać 40 proc., bo właśnie taki poziom według polskiego prawa zagraża monopolem. Nieoficjalnie mówi się, że połączony udział dwóch potentatów sięgałby nawet ok. 60 proc. Cadbury ma obecnie dwie fabryki czekolady: przedwojenną wedlowską w Warszawie i zbudowaną od zera w Bielanach Wrocławskich. Na zmianę właściciela czeka 1,6 tys. pracowników koncernu w Polsce.
Kto teraz kupi Wedla? Rynek słodyczy aż huczy od plotek. Z inwestorów branżowych wymieniany jest amerykański Hershey i włoski Ferrero. W kraju zainteresowanymi mogłyby być dwie spółki giełdowe produkujące czekoladę: Wawel i Jutrzenka. Ale jak przyznał szczerze prezes Wawelu Dariusz Orłowski, jego firmy na to nie stać, bo byłby to wydatek prawdopodobnie rzędu miliarda złotych. Z tego samego powodu małe są szanse Jutrzenki. Razem wartość rynkowa Wawelu i Jutrzenki to około miliarda złotych, czyli tyle co samego Wedla. Dlatego specjaliści największe szanse dają prywatnym funduszom inwestycyjnym, które mogą wyłożyć od ręki tyle gotówki. Jeśli taki scenariusz się spełni, to Wedel czeka kilka lat życia z właścicielem finansowym, który świetnie zna się na robieniu pieniędzy. Ale czy będzie znać się na czekoladzie? Pewne jest, że ktokolwiek kupi Wedla, dostanie w swoje ręce najcenniejszą polską markę pod względem prestiżu i jakości.