Przed rokiem w czasie konfliktu z Kijowem o ceny gazu Gazprom na trzy tygodnie wstrzymał dostawy surowca do Europy przesyłanego tranzytem przez Ukrainę. Ten kryzys przyspieszył w UE prace nad nowymi przepisami o bezpieczeństwie dostaw. Już wcześniej apelował o to polski rząd, wskazując na niedostatki dyrektywy UE regulującej kwestię bezpieczeństwa dostaw gazu. Pisała o tym "Gazeta" pół roku przed kryzysem na Ukrainie.
Według dyrektywy na przerwy w
imporcie gazu UE powinna reagować dopiero wtedy, gdyby przez co najmniej osiem tygodni cała Wspólnota była narażona na ryzyko utraty ponad 20 proc. dostaw gaz importowanego spoza UE. Zgodnie z tą definicją w UE nie byłoby kryzysu gazowego, gdyby Gazprom nawet na dwa miesiące zakręcił kurek Polsce i dziewięciu innym państwom na wschodzie UE. Bo wstrzymanie dostaw do tych państw byłoby w sumie mniejsze niż zapisany w dyrektywie krytyczny próg ograniczenia dostaw. Dyrektywa przyjęta 26 kwietnia 2004 r., jakby w ogóle nie brała pod uwagę, że za kilka dni do UE dojdą nowe państwa członkowskie.
Tę dyrektywę zastąpi rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady dotyczące środków zapewniających bezpieczeństwo dostaw gazu. Przepisy tego rozporządzenia będą obowiązkowe w całej UE, podczas gdy zapisy dyrektywy państwa członkowskie UE mogły interpretować, dostosowując do własnego prawa. Nic dziwnego, że trwają spory o sformułowania rozporządzenia.
- Komisja Europejska początkowo przygotowała dobry projekt, ale w czasie dalszych prac w Komisji jego zapisy rozwodniono. Teraz poprawieniem rozporządzenia zajmuje się europarlament - powiedział "Gazecie" Jacek Saryusz-Wolski, przewodniczący komisji spraw zagranicznych europarlamentu. Jak tłumaczy Saryusz-Wolski: - Chodzi o to, by zapis o solidarności energetycznej z traktatu lizbońskiego przełożyć na konkretne przepisy. Inaczej ten zapis pozostanie pięknymi słowami.
Wczoraj Saryusz-Wolski przedstawiał w europarlamencie projekt opinii komisji spraw zagranicznych do przygotowanego przez KE projektu rozporządzenia. - Najważniejsze, aby KE była zobowiązana do działania w sytuacjach krytycznych - podkreśla europoseł. Dlatego komisja spraw zagranicznych proponuje, by KE miała obowiązek ogłosić stan nadzwyczajny (także tylko dla wybranych regionów UE), jeśli dzienne dostawy gazu z
importu do UE spadną o ponad 10 proc. Projekt KE miękko przewiduje, że w takiej sytuacji można ogłosić stan nadzwyczajny. - Chodzi także o to, by do wszystkich umów UE z państwami trzecimi wprowadzić klauzulę bezpieczeństwa energetycznego, zagwarantować przestrzeganie pewnego wspólnego kodeksu postępowania w sprawach bezpieczeństwa dostaw energii - powiedział nam Saryusz-Wolski. Chce on także umieścić w rozporządzeniu zapis, który da państwom UE swobodny dostęp do gazu przesyłanego tranzytem. Obecnie
Polska nie może np. kupować od zachodnich partnerów Gazpromu gazu z tranzytowego gazociągu do Niemiec, bo rosyjski koncern nie pozwala zachodnim koncernom sprzedawać tego surowca w Polsce.
Nad rozporządzeniem o bezpieczeństwie dostaw gazu pracuje pięć komisji europarlamentu. Widać, że część europosłów nie chce dać KE decydującego głosu w razie kryzysu gazowego. W komisji ochrony środowiska (jej opinię przedstawiał europoseł Bogusław Sonik) niemiecki europoseł Thomas Ulmer proponował np., aby na kryzys reagowały najpierw firmy, a jeśliby im się nie powiodło, to do akcji wkraczałyby rządy państw dotkniętych kryzysem, a dopiero na końcu mogłaby reagować Komisja Europejska.
Zabiegi o podkreślenie w rozporządzeniu zasady europejskiej solidarności przynoszą skutek. - Wprowadzono tę zasadę także w opinii komisji rynku wewnętrznego dzięki zabiegom europosłów Sandry Kalniete z Łotwy i Rafała Trzaskowskiego z Polski - powiedziała "Gazecie" Joanna Bekker z biura prasowego europarlamentu.
Prace nad rozporządzeniem o bezpieczeństwie dostaw gazu potrwają do końca marca, kiedy to europarlament ma je przegłosować na sesji w Brukseli.