W ubiegłym roku liczba bezrobotnych sięgnęła 212 mln - alarmuje MOP w raporcie "Tendencje na światowym rynku pracy". Kryzys szczególnie mocno uderzył w młodych ludzi, wśród których stopa
bezrobocia sięgnęła w ubiegłym roku 13,4 proc., podczas gdy wśród starszych pracowników nie przekracza ona 5,2 proc.
Drugą bardzo poszkodowaną grupą są pracownicy z południowej i południowo-wschodniej Azji oraz Afryki subsaharyjskiej. Chociaż nawet przed kryzysem ich
wynagrodzenia nie były wysokie, to teraz wielu z nich zostanie zepchniętych poniżej granicy ubóstwa. MOP szacuje, że w ubiegłym roku 633 mln ludzi, czyli średnio co piąty zatrudniony na świecie, zarabiało mniej niż 1,25 dol. dziennie, natomiast prawie 1,2 mld - mniej niż 2 dol. To oznacza, że kryzys praktycznie wymazał osiągnięcia ostatnich dziesięciu lat, gdy liczba pracujących, którzy tkwili poniżej granicy ubóstwa, spadła o blisko 200 mln osób.
Przy tak niskich zarobkach pracownicy nie są w stanie odłożyć oszczędności, po które mogliby sięgnąć teraz, w okresie dekoniunktury. Ponieważ pracownicy nie mają żadnego zabezpieczenia, firmom łatwiej jest narzucić im niekorzystne warunki pracy. Aby cokolwiek zarobić, godzą się na pracę za wynagrodzenie niższe od minimalnego, gwarantowanego prawnie, na pracę w wyjątkowo trudnych warunkach, samozatrudnienie lub umowy czasowe, które pozbawiają pracowników osłony socjalnej. Co ciekawe, eksperci MOP zauważyli, że do szarej strefy przechodzi coraz więcej osób pracujących w krajach wysokorozwiniętych - w Irlandii, krajach nadbałtyckich, Islandii, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych.
Podobnie sytuacja wygląda w Polsce. Chociaż daleko nam do Hiszpanii, gdzie bez pracy jest co piąty dorosły, to przez ostatnie 20 lat zmagaliśmy się z ponad 10-proc.
bezrobociem. Ksiądz Sławomir Kokorzycki, proboszcz parafii w Korytowie w Zachodniopomorskiem, mówił w "Gazecie": - Hasło "kryzys" bywa dobrym pretekstem, żeby obniżać
pensje pracownikom czy wręcz wyrzucać ludzi z pracy (...). Albo pensje dostają po czasie, bo "jest kryzys".
Ks. Kokorzycki przypomina też, że firmy, wykorzystując wysokie bezrobocie i bezradność ludzi, przyjmują pracowników na czas określony, potem ich pod byle pretekstem zwalniają, przyjmują kolejnych, i tak w koło. - Nawet w największych miastach firmy przenoszą pracowników z etatów na własną działalność gospodarczą. Robią to pod przykrywką partnerstwa, a w rzeczywistości to jest wypychanie ludzi do szarej strefy - mówi Leszek Mellibruda, psycholog biznesu.
Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej, tłumaczy, że gdy kryzys przycisnął, a bieda zajrzała przedsiębiorcom w oczy, wielu musiało się zastanowić, którzy pracownicy są niezbędni. - Gdy koniunktura się poprawi, firmy znów będą potrzebować więcej rąk do pracy. I nie mam wątpliwości, że za jakiś czas znowu będziemy mieć rynek pracownika, a nie pracodawcy.
Jednak eksperci MOP nie są takimi optymistami: - Spodziewamy się, że pomimo ożywienia gospodarczego w 2010 r. bezrobocie nadal będzie bardzo wysokie. W krajach wysokorozwiniętych, w tym w Unii Europejskiej wzrośnie jeszcze o mniej więcej 3 pkt proc. Nawet jeśli gospodarka będzie rozwijać się szybciej, niż dziś oczekujemy, to potrzeba będzie wielu miesięcy, zanim odbije się to pozytywnie na
rynku pracy. Firmy będą najpierw bardziej wykorzystywać obecnych pracowników, a dopiero później zaczną zatrudniać nowych.