Jeszcze kilka dni temu wydawało się pewne, że cena euro na dłużej utrzyma się poniżej 4 zł. A trwało to zaledwie dwa dni. Od środy zaczęła się wyprzedaż naszej waluty, która w piątkowe południe przybrała na sile. Około godziny 12-ej za euro trzeba było zapłacić nieco więcej niż 4,10 zł.
Inwestorzy wycofywali się z rynków wschodzących i strefy euro obawiając się o kondycje fiskalną Grecji, Hiszpaniii i Portugalii. Państwa te muszą coraz więcej płacić za finansowanie deficytu budżetowego. Różnica w rentowności obligacji niemieckich i greckich wynosi już 3,7 pkt proc.
Inwestorzy liczyli też na dobre dane z rynku pracy w
USA. Miało to przesądzić o wcześniejszych podwyżkach stóp przez Fed.
Ale po 14-ej sytuacja odwróciła się. Departament Pracy podał, że w sektorze pozarolniczym w Stanach ubyło w styczniu 20 tys. miejsc pracy. Liczono na 5-proc. wzrost. Oczekiwania na szybsze podwyżki stóp osłabły, euro zaczęło zyskiwać, a za nim i
złoty.
W ciągu kilkudziesięciu minut kurs euro spadł o 2,5 grosza, do 4,06 zł. W ten sposób zostały odrobione straty złotego z całego dnia. Wciąż złoty jednak jest wyraźnie słabszy niż w środku tygodnia, kiedy to euro kosztowało 3,98 zł.
Po południu złoty powrócił do poziomu 4,10 zł za euro.