Po umocnieniu złotego z początku tygodnia nie ma śladu. W piątek cena euro dwa razy przebijała poziom 4,10 zł. Skąd te nerwowe ruchy? Od kilku dni narasta obawa o stan finansów części państw strefy euro, więc inwestorzy są mniej skłonni do ryzyka. Wczoraj sprzedawali złotego, polskie akcje, waluty z innych rynków wschodzących, ale też euro.
Inwestorom sen z oczu spędza to, co dzieje się w Grecji, coraz bardziej niepokoi ich sytuacja Hiszpanii i Portugalii. W tych krajach finanse publiczne są w dramatycznej sytuacji, a próby ich naprawy idą ślamazarnie. -
Grecja proponuje program cięć i reform, jednak towarzyszy temu fala protestów.
Portugalia nie robi nic. Za ubezpieczenie długu tych państw trzeba płacić rekordowe stawki - mówi Janusz Dancewicz, ekonomista DZ Banku.
Globalni inwestorzy ciągną do Ameryki, choć i tam trudno mówić o zdrowych finansach państwa. Deficyt budżetu w tym roku ma sięgnąć rekordowych 1,6 bln dol.! To jednak papiery amerykańskie są uznawane za najbezpieczniejsze, dodatkowo część inwestorów grała pod wcześniejsze niż sądzono podwyżki stóp w
USA. W efekcie euro jest względem dolara najsłabsze od maja.
W ślad za euro traciły też waluty naszego regionu. - Spadek wartości polskiej waluty był gwałtowniejszy niż korony czy forinta - mówi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Dolar kosztował wczoraj ponad 3 zł, a cena euro szybko przebiła poziom 4,10 zł, choć jeszcze w środę było poniżej 4 zł.
Dlaczego tak nam się oberwało, skoro
Polska wyróżnia się dodatnim wzrostem PKB na tle pogrążonej w recesji Europy? Na krótką metę nie liczą się fundamenty gospodarki. - Jesteśmy rynkiem najbardziej płynnym. Jak rośnie ryzyko, to inwestorzy wychodzą przede wszystkim z takich płynnych rynków, by chronić inwestycje - tłumaczy Dancewicz.
Czy inwestorzy nie powinni jednak docenić, że Polska jest poza strefą euro? Zdaniem Marka Rogalskiego tak się dzieje, jednak widać to po notowaniach z dłuższego okresu. - W ciągu trzech miesięcy złoty się umocnił, a euro względem dolara cały czas słabło. Inwestorzy mimo tych zawirowań widzą, że mamy dodatni wzrost gospodarczy, że rząd zapewnia, iż będzie ciął wydatki - mówi Rogalski.
Chwilową poprawę na rynku walutowym przyniosły dane z amerykańskiego Departamentu Pracy. Podał on, że w sektorze pozarolniczym ubyło w styczniu 20 tys. miejsc pracy. A liczono na wzrost etatów, który miał być argumentem za szybszymi podwyżkami stóp w USA. Stało się to mniej prawdopodobne, więc dolar momentalnie przestał się umacniać, a złoty zaczął odrabiać straty. W ciągu kilkudziesięciu minut kurs euro spadł o 2,5 grosza, do 4,06 zł. Okazało się jednak że tylko na chwilę - już o godz. 16 euro kosztowało niespełna 4,11 zł.
Na giełdzie w piątek rano sytuacja nie wyglądała dramatycznie w porównaniu z czwartkowym spadkiem indeksu WIG20 o ponad 4 proc. Dzień zaczął się od 1,2-proc. straty. Jednak już w południe indeks największych spółek giełdowych WIG20 zwiększył stratę do 3,5 proc. Najmocniej taniały akcje spółek surowcowych. KGHM tracił maksymalnie 4,5 proc., a Lotos i PKN Orlen zniżkowały po ok. 4 proc. Pozbywano się też akcji banków.
Giełda po południu nieco się uspokoiła, a WIG20 zaczął odrabiać straty. Ostatecznie jednak stracił prawie 4 proc.
Złe nastroje panowały również na innych europejskich parkietach, które są już na poziomie najniższym od października. Spadki na paryskiej giełdzie sięgnęły 2,8 proc., w Londynie 1,6 proc., a we Frankfurcie 1 proc. Jeszcze gorzej było w naszym regionie Europy. Rekord padł w Estonii, gdzie indeks stracił 5,6 proc. Nie lepsze były
Budapeszt, Praga i Moskwa, gdzie indeksy traciły po 2-3 proc.
Analitycy podtrzymują zdanie, że lepsze wyniki naszej gospodarki i zapowiadana intensywna prywatyzacja sprawią, że złoty za kilka miesięcy będzie mocniejszy. - Trzeba jednak być przygotowanym na to, że skala tego umocnienia nie będzie duża, a po drodze będą zdarzać się takie gorsze, nerwowe okresy jak w piątek - kwituje Michał Woźniak, szef dilerów Invest Banku.