W ciągu pół roku liczba osób, które zaciągnęły zbyt dużo kredytów (bankowcy nazywają takich klientów "przekredytowanymi"), wzrosła o 33 tys. A łączna wartość ich długów przekroczyła 20 mld zł, co równa się jednej piątej wszystkich kredytów udzielonych na cele konsumpcyjne! Takie szacunki przedstawia Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, a obecnie ekspert Gdańskiej Akademii Bankowej.
Karpiński przeanalizował dane
Biura Informacji Kredytowej i sprawdził, ile osób spłaca 10 lub więcej kredytów. Podkreśla, że duża część tych kredytów nie jest jeszcze stracona: klienci do tej pory spłacali je, zaciągając kolejne kredyty i w bankach nie mają przeterminowanego zadłużenia. Ale wpadli w pętlę zadłużenia, bo bez nowych pożyczek nie są w stanie swoich długów spłacać.
Pod względem zadłużenia na bieżącą konsumpcję Polacy przekroczyli europejską średnią: - Wartość kredytów gotówkowych, ratalnych, samochodowych i tych zaciągniętych na kartach kredytowych stanowi już blisko 10,5 proc. naszego
PKB. W Unii ten wskaźnik nie przekracza 7,5 proc. To znaczy, że na kredyt konsumujemy znacznie więcej niż statystyczny Europejczyk - mówi ekspert Gdańskiej Akademii Bankowej.
Kto odpowiada za to, że w Polsce doszło do takiego szaleństwa kredytowego? Karpiński dzieli winę po równo między banki i klientów. Przyznaje, że banki miały zbyt lekką rękę do pożyczania i nie prześwietlały należycie swoich klientów. Ale równie duża odpowiedzialność leży też po stronie ludzi, którzy zadłużali się bez opamiętania, nie pamiętając, że pożyczone pieniądze trzeba przecież oddać.
Karpiński uważa, że w Polsce panuje społeczne przyzwolenie na niespłacanie kredytów - tak samo, jak na przynoszenie lewych zwolnień lekarskich czy prowadzenie samochodu po pijanemu. - Klienci, którzy mają zbyt wiele kredytów, rozkładają ręce i twierdzą, że nie wiedzą, jak doszło do takiej sytuacji. A media stają po ich stronie. A przecież gdyby pożyczyli pieniądze nie w banku, tylko od sąsiadów, to ciążyłoby na nich piętno oszustów - mówi.
Za swoją nieroztropność klienci płacą znacznie wyższą cenę niż instytucje finansowe. Marcin Jabłczyński, analityk
Deutsche Bank Securities, zwraca uwagę, że banki w przeciwieństwie do klientów najgorsze mają już za sobą. - W drugiej połowie 2009 r. banki odpisały największe rezerwy na poczet "złych" kredytów. Skutki zobaczymy w słabszych wynikach za IV kwartał ub.r. Ale potem sytuacja finansowa banków zacznie się poprawiać - podkreśla.
Dlaczego? Po pierwsze, banki udzielają szybkich pożyczek na rok-dwa lata, więc większość tych sprzedanych w okresie kredytowego boomu już została albo spłacona albo wrzucona do worka z napisem "złe długi". A po drugie, banki mogą pozbyć się takich niespłacanych kredytów, odsprzedając je firmom windykacyjnym. Wprawdzie odzyskają tylko część pieniędzy (
windykatorzy kupują całe portfele kredytowe za kilkanaście lub kilkadziesiąt procent ich początkowej wartości), ale mogą rozwiązać część rezerw i prowadzić biznes dalej.
Klientom złe długi będą ciążyć znacznie dłużej: najpierw o należne pieniądze będą się upominać windykatorzy, później do wielu drzwi zapukają komornicy. - To jest niestety lekcja, którą Polacy muszą odrobić - uważa Paweł Majtkowski z Expandera. - Po takich przykrych doświadczeniach osoby, które wcześniej zadłużały się zupełnie nieodpowiedzialnie, dwa razy zastanowią się, zanim pójdą do banku po kolejny kredyt - dodaje.
Pomoże w tym również Komisja Nadzoru Finansowego. Już w tym tygodniu może przyjąć "T", która zdecydowanie ograniczy możliwość udzielania nowych kredytów osobom, które mają już inne zobowiązania finansowe. Banki będą musiały dokładnie sprawdzić, ile dany klient zarabia i - jeśli raty kredytowe pochłaniają więcej niż połowę dochodów - odmówić kolejnej pożyczki.