Patrycja Maciejewicz: Czy euro zastąpi złotego w 2015 r.? Premier deklaruje, że wtedy będziemy gotowi. Potwierdzają to też przedstawiciele NBP. Andrzej Kaźmierczak*: O tej dacie mówiłem już rok wcześniej. Wtedy byłem odosobniony, a okazało się, że mam rację. Przyjęcie euro nie powinno być celem samym w sobie. Deficyt budżetowy powinniśmy obniżać stopniowo, tak by wypełnić kryterium przyjęcia wspólnej waluty. Dziś uważam, że bardziej realny jest termin bliski 2018 r. Bo jak będziemy chcieli szybko i za wszelką cenę zmniejszyć deficyt do 3 proc. PKB, to doprowadzimy do recesji i większego bezrobocia.
Jeszcze przed kryzysem powiedział pan: potrzeba zachowania wymaganego przez UE wskaźnika deficytu finansów publicznych krępuje politykę fiskalną, stanowiąc istotny koszt ekonomiczny wejścia do strefy euro. Czy jest pan przeciwnikiem uzdrowienia finansów publicznych? - Deficyty są rzeczą naturalną, byle nie przekraczały granic rozsądku, ale wymagane przez Unię utrzymanie deficytu poniżej 3 proc. PKB w okresie kryzysu krępuje nam ręce. Jestem zwolennikiem wykorzystywania deficytu i polityki fiskalnej do kształtowania koniunktury gospodarczej. Ale teraz sytuacja praktycznie wymyka się spod kontroli, bo nasz deficyt będzie wielokrotnie większy niż dopuszczalne 3 proc. Płacimy za to, wydając coraz więcej na obsługę długu - już ponad 34 mld zł rocznie. Uzdrowienie finansów jest niezbędne.
W planie konsolidacji finansów publicznych premier zapowiedział cięcia wydatków. - Nie można zmniejszyć wydatków na bezpieczeństwo, zdrowie i zasiłki społeczne. Trzeba dalej ograniczać - przepraszam za truizm - administrację. Wbrew deklaracjom wydatki na nią wciąż rosną.
Odebranie przywilejów emerytalnych mundurowym z zachowaniem praw nabytych to rozwiązanie sensowne. Podnoszenie wieku emerytalnego tak, ale tylko na zasadzie dobrowolności.
Bogaci rolnicy mogliby płacić składki w zależności od rzeczywistych dochodów. Tylko proszę pamiętać, że większość gospodarstw rolnych jest niewielka, funkcjonuje na granicy opłacalności, konsumując to, co wytwarza. Im należy się specjalne traktowanie, choćby dlatego, że gdybyśmy im podnieśli składki, to by zbankrutowały, powiększając bezrobocie na wsi i potęgując nasze trudności.
Nie ma innego wyjścia jak zwiększenie dochodów podatkowych. Zniesienie trzeciej stawki podatkowej dla najbogatszych było błędem.
W trakcie roku można podnosić podatki pośrednie, niekiedy bez zgody parlamentu. Być może nie obędzie się bez podnoszenia składek, które zwiększają dochody budżetu, ale oficjalnie podatkami nie są: składka, rentowa, emerytalna, czy zdrowotna.
Premier stawia raczej na szybkie dokończenie prywatyzacji. - Nie podoba mi się ten plan. Przejęcie przez zagranicznych inwestorów firm energetycznych będzie prowadziło do podwyżek cen prądu. To się stało w
Warszawie. Podniesiono ceny o bodajże 4 proc., bo Urząd Regulacji Energetyki nic nie może zrobić przedsiębiorstwu dystrybucji energii. Jeśli będziemy dalej prywatyzować, to będziemy mieli samowolę cenową. A ceny energii decydują o sytuacji gospodarczej kraju. Prąd to istotna część kosztów wytworzenia każdego produktu. Sektor energetyczny powinien pozostać w rękach państwa, bo to element naszej niezależności, suwerenności gospodarczej.
Uważany jest pan za eurosceptyka. Wiele razy podkreślał pan, że korzyści z euro są życzeniowe, natomiast koszty - pewne. - Jestem eurorealistą. Podstawowa korzyść, na jaką zwraca się uwagę, to ta, że dzięki euro rozwinie się handel wewnątrz strefy, to tzw. efekt kreacji handlu. Po przyjęciu wspólnej waluty zniknie ryzyko kursowe, zmniejszą się koszty zawierania transakcji (przewalutowania, zabezpieczenia). Czy dzięki temu będziemy mieć dodatkowy wzrost PKB? W strefie euro po dziesięciu latach tego efektu kreacji handlu nie zauważono. Tak mówią badania Europejskiego Banku Centralnego, nie moje.
Handel nie rozwinął się? - O jakieś 5-10 proc.
To niewiele? - Teoria mówiła, że nastąpi jego zwielokrotnienie. Proszę zauważyć, jakie wyniki gospodarcze notują kraje strefy euro.
Niemcy mają spadek PKB o 5 proc., podobnie Słowacja,
Słowenia drastyczny wzrost bezrobocia i spadek PKB.