Mayer podkreśla, że dług, z którym nie mógł sobie poradzić sektor finansowy, nie zniknął, tylko został inaczej rozłożony: - Trafił do sektora publicznego co oznacza, że spoczywa na barkach nas wszystkich. Zdaniem głównego ekonomisty Deutsche Bank kraje, które drastycznie zwiększyły swoje zadłużenie, zapłacą za to wysoką cenę: przez lata będą zmagać się z gospodarczym marazmem.
- Na świecie tempo wzrostu PKB zwolni do ok. 4 proc., z 5 proc. przed kryzysem. Stany będą rozwijać się w tempie 1,5-2 proc., Unia Europejska - 1-1,5 proc., a
Japonia - 0,5-1 proc. Obronną ręką wyjdą z kryzysu kraje rozwijające się, bo ich gospodarki będą rosnąć w tempie ok. 5 proc. rocznie - prognozuje. Jego zdaniem część krajów będzie chciała zrzucić z siebie ciężar zadłużenia dopuszczając do wysokiej inflacji.
- To będzie elegancka forma bankructwa: wprawdzie kraj nie ogłosi niewypłacalności, ale ponieważ jego pieniądz straci na wartości, to wierzyciele dostaną w ujęciu realnym mniej, niż pożyczył - mówi Mayer.
Większy problem będą miały te państwa, które nie prowadzą samodzielnej polityki monetarnej, przez co ich banki centralne nie mogą po prostu dodrukować pieniędzy. W takiej sytuacji są kraje strefy euro, które oddały swoje kompetencje Europejskiemu Bankowi Centralnemu. One stoją na rozdrożu: mogą po prostu ogłosić bankructwo, albo latami mozolnie spłacać wierzycieli.
Zdaniem Mayera Unia Europejska powinna utworzyć fundusz, wzorowany na Międzynarodowym Funduszu Walutowym, który pomagałby takim krajom, które wpadły w poważne kłopoty finansowe, jak
Grecja,
Hiszpania,
Irlandia czy
Portugalia, z powrotem wyjść na powierzchnię. A jeśli kraj musiałby zbankrutować, to fundusz nadzorowałby to bankructwo i zapewniał ochronę jego wierzycielom.