Dostajemy je "za nic" - bo to bezzwrotna pomoc. Do każdej złotówki otrzymanej od holenderskiego, niemieckiego, francuskiego albo szwedzkiego podatnika musimy dołożyć średnio 25 gr. Z kasy
budżetu państwa, samorządu, przedsiębiorstwa lub pozarządowej fundacji.
Z każdym kolejnym rokiem - aż do 2014 r. - unijny budżet będzie pompował do Polski coraz więcej kasy. Na mapie będzie przybywało inwestycji zbudowanych za unijne pieniądze takich jak droga ekspresowa z Warszawy do Radomia.
Sukces? Niestety, nie do końca. Bo okazało się, że niezawodna polska biurokracja ze swoim kultem papierologii i wszechwładzy urzędniczej potrafi zrujnować nawet najlepiej zapowiadające się przedsięwzięcie.
Ogólnokrajowe statystyki nie pokazują całej prawy. W wielu częściach unijnych programów pomocowych - funduszach dla mikro przedsiębiorców, dla organizacji pozarządowych, dla młodych przedsiębiorców zakładających e-biznes - dotacje niby są, a jednak ich nie ma. Bo utknęły w płatniczych zatorach. Pieniądze zostały rozdzielone, ale nie są wypłacane. A póki nie znajdą się na koncie firmy czy instytucji, są tylko obietnicą, a nie realną pomocą.
Przykładów jest legion: dość przypomnieć np. niezwykle popularną dotację z programu operacyjnego "Innowacyjna gospodarka" (tzw. działanie 8.1) - teraz, w lutym 2010 r., wypłaca się pieniądze rozdzielone... pod koniec 2008 r. i na początku 2009 r. Na papierze rozdzielono 300 mln zł, a do dziś wypłacono zaledwie 60 mln zł. Podobne kwiatki można znaleźć praktycznie w każdej części unijnych funduszy: w programach pomocowych dla rolników, funduszach dla organizacji pozarządowych, programach dla samorządów.
Czasami aż brakuje słów, by opisać absurdalne procedury kontroli. Przykład pierwszy z brzegu: przedsiębiorca składa wniosek o wypłatę części zaliczki. Po 20 dniach (to maksymalny termin) listownie dostaje odpowiedź: "Wniosek wypełniony błędnie, prosimy o wyjaśnienia". Przedsiębiorca wyjaśnia. Na piśmie. I przesyła swoje tłumaczenia, a jakże, listownie. Mija kolejne 20 dni i znów dostaje list pocztą: "Prosimy o uzupełnienie i przesłanie dokumentacji". Mija 20 dni... i tak dalej, i tak dalej.
Rekordziści bawią się w takiego pocztowego ping-ponga ponad 150 dni. Przez ten czas dotacja nie jest oczywiście wypłacona, tymczasem do drzwi przedsiębiorcy pukają już inne firmy, które "szczęśliwemu" odbiorcy dotacji zdążyły już dostarczyć zamówione towary czy usługi...
Urzędnikowi zazwyczaj nie przyjdzie nawet do głowy, żeby do przedsiębiorcy zadzwonić (trzy dni po fakcie, a nie 20!) i zaprosić na bezpośrednie spotkanie, na którym razem mogliby razem poprawnie wypełnić wniosek. Urzędnikowi wystarczy, że "dochował procedur", "przestrzegał wytycznych" i "skonsultował się z przełożonymi". A że dotacja leży na koncie, zamiast pracować w gospodarce, to już nie jest problem urzędnika. Dla niego najważniejsze jest to, że on sam niczego nie ryzykuje.
Od tej zasady są oczywiście wyjątki, ale tylko wyjątki. - Generalnie atmosfera jest taka, jakby urzędnicy robili łaskę, że się tym zajmują. Ja na wstępie usłyszałam np. bardzo "miły" tekst od pani urzędniczki: "Nigdy nie miałam jeszcze wniosku z tyloma błędami". Faktycznie, wypełniałam go po raz pierwszy w życiu. Sama, przy okazji prowadząc swoją działalność gospodarczą... - opowiada właścicielka małej firmy, która napisała do "Gazety". - Każde wyjaśnienie, pomoc trzeba wyciągać od urzędników siłą i człowiek zaczyna mieć poczucie winy, że jeszcze czegoś nie zrozumiał - dodaje.
Przedstawiciele instytucji rozdzielających unijne granty tłumaczą tę niechęć do pomocy i osobistych kontaktów nawałem
pracy. Ale jeśli faktycznie jest ich za mało, żeby sprawnie rozpatrywać wnioski i pomagać wnioskodawcom w wypełnianiu tysięcy papierków (które przecież sami wymyślili!), to strach pomyśleć, co się stanie w 2012, 2013 i 2014 roku, gdy mamy rozliczać wielokrotnie więcej pieniędzy niż obecnie.
Każdy kolejny rząd obiecuje uprościć procedury. Niektóre nawet to robią. Dużym usprawnieniem było np. masowe wprowadzenie zaliczek przez obecną minister rozwoju regionalnego Elżbietę Bieńkowską. Ale znów: gdy tylko dobry pomysł zaczyna być realizowany w praktyce, często staje się własną karykaturą.
Dopóki urzędnicy nie zmienią mentalności, w maszynerii wykorzystania unijnych pieniędzy będzie potwornie zgrzytać. Miliardy będą płynęły, owszem, ale kosztem wielu łez, stanów przedzawałowych i tysięcy ton niepotrzebnie zadrukowanego papieru.