Zarobili miliony z CO2 i kupili serduszka WOŚP za 2 mln zł
Maciej Czarnecki
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-07 21:13
ZOBACZ TAKŻE
- Polska na celowniku oszustów - zarabiają na "handlu powietrzem" (23-06-10, 20:44)
- Polska sprzedaje Japończykom CO2 za 100 mln zł (03-03-10, 21:27)
- VAT od charytatywnych SMS-ów ciąży fiskusowi? (17-02-10, 21:38)
- Musimy pomagać słabszym, bezrobotnym i wykluczonym (08-02-10, 13:00)
- Europejski Bank Inwestycyjny kładzie rękę na kasie za CO2 (04-02-10, 20:34)
- Niemcy: Hakerzy wykradli i sprzedali uprawnienia do emisji CO2 (03-02-10, 18:16)
- Polak, który uratował 100 tys. osób (12-01-10, 22:00)
Kłapucki jest ładnych parę lat starszy od wspólnika. W latach 80. pojechał do Grenoble studiować ekonomię. Krótko po studiach zaczął sprowadzać ze Wschodu mrożone warzywa, owoce i sprzedawać je francuskim producentom. Najlepsze maliny były w Jugosławii, a truskawki w Polsce. Interes szedł nieźle, choć zdarzały się wpadki. Raz przetwórnia w dzisiejszym Kujawsko-Pomorskiem zleciła rolnikom hodowlę cukinii. - Nagle dostaję we Francji telefon: przyjedź pilnie do Polski, bo zasypali nam tą cukinią całą drogę. Mieli zbierać warzywa o średnicy 2 cm, a dostarczali okazy po metr dwadzieścia! W końcu płaciłem za kilogram. Podobnie było z marchwią - Kłapucki ledwo wytrzymuje, aby nie parsknąć śmiechem. - Mój klient z Belgii dzwoni i mówi: "Marchew u was rośnie świetnie, ale jak ja mam ją zmieścić do słoika?"
W 1993 r. wrócił do Polski (jak przyznaje, m.in. dla kobiety). Biznes i tak mógł nadzorować, siedząc po drugiej stronie. Zimą, kiedy nie było czego wywozić z Polski, importował z Hiszpanii cytrusy.
Jednak krótko po powrocie poniósł klęskę. - Polski odbiorca wziął towar i splajtował. Na stare pieniądze straciłem ponad 7 mld zł - opowiada Kłapucki. - Trzeba było poszukać czegoś innego. Tak trafiłem do Mentora.
Consus SMS-em z safari
Wiśniewskiego i Kłapuckiego poznał ze sobą Marek Kaliszek, jeden z założycieli Mentora. Firma kwitła, ale Wiśniewskiego nosiło: najpierw popracował przy spółce Energo-Invest-Broker, którą wówczas Mentor stworzył wraz z elektrowniami, później zakładał fundusz emerytalny Epoka. Przedsięwzięcie, w które zaangażowały się m.in. elektrownie Bełchatów i Kozienice, szczecińska stocznia i KGHM, nie wypaliło. - To były ogromne zakłady pracy, gdzie pracowały rzesze ludzi. Każdy zarabiał i płacił składki. A tu nagle wprowadzono zmianę, że pracodawca nie może wpływać na decyzję pracownika o wyborze funduszu. Nie zdobyliśmy tylu członków, ilu zakładaliśmy - tłumaczy Wiśniewski.
Po porażce Epoki wrócił do Mentora, gdzie w dalszym ciągu pracował Kłapucki. - Po latach mojej nieobecności okazało się, że w Mentorze każdy miał inny pomysł na biznes. Zaczęliśmy się rozstawać - mówi Wiśniewski.
Okazja do odejścia trafiła się w 2000 r. Do przyszłych właścicieli Consusa zgłosili się znajomi, którzy chcieli sprzedać raczkującą firmę doradczą KBR. Kłapucki: - No to kupiliśmy. Po miesiącu mówię: Maciek, ale po jaką cholerę nam to było? Wiesz w ogóle, od czego ta nazwa?
- Nie wiem. Może od właścicieli?
- Trzeba ją zmienić.
Nową wymyślili na odległość: Wiśniewski siedział w Polsce, Kłapucki polował w RPA i słał SMS-y. Stanęło na Consusie - w rzymskiej mitologii to imię boga - opiekuna ziarna zebranego w spichlerzach.
Jeszcze tego samego roku odeszli z Mentora. W nie najlepszej atmosferze. Dziś Marek Kaliszek, szef Mentora, nie chce nawet rozmawiać z "Gazetą" na ten temat.
Telefon z Ameryki
Consus wszedł na rynek ubezpieczeń. Złapali kilka przedsiębiorstw, szpitali, miejską spółkę Toruńskie Wodociągi. Tę ostatnią po roku odpuścili, bo wyszło na jaw, że w jej radzie nadzorczej zasiada ojciec Wiśniewskiego. Sprawą konfliktu interesów zajęła się komisja rewizyjna rady miasta. W dokumentach biura rady nie ma jednak ani sprawozdania, ani nawet sprawy Consusa w planie prac komisji. - Są kwestie, które bada się niekoniecznie w formie kontroli. Czasem wystarczy zasięgnąć informacji, wysłuchać wyjaśnień i na tym koniec - mówi dziś Beata Czerwonka z toruńskiego biura rady miasta.
Jednak to nie był największy problem. Wiśniewski procesował się z kolegami z Mentora o wynagrodzenia, zdobywał mało nowych klientów i, co najgorsze - zachorował na raka. Od końca 2003 r. właściciele musieli do Consusa dokładać, i to pięciocyfrowe sumy. Na szczęście Wiśniewski po dwóch latach pokonał chorobę.
2003 rok był przełomowy jeszcze pod jednym względem - właśnie wtedy do właścicieli Consusa zadzwonił znajomy informatyk, Polak, który pracował wtedy w amerykańskiej firmie Evolution Markets handlującej węglem i uprawnieniami na emisję dwutlenku siarki i tlenków azotu. Amerykanie szukali partnera w Europie, a Consus miał dobre kontakty z energetyką. Firma trafiła na żyłę złota, ale nie było się do niej łatwo dokopać.
- Amerykanie wyczuli biznes i chcieli handlować z Europą, ale byli strasznie trudni - opowiada Kłapucki. - Chcieli spotkać się i już, szybko mieć transakcję. A w Europie tak się nie robi. No i to nasze prawodawstwo
- Jechało się do energetyki i mówiło: sprzedaj coś, co będziesz miał w 2007 r., a prezes nawet nie wiedział do końca, co to jest - wtrąca Wiśniewski.
Z Amerykanami biznesu nie zrobili. Za to nauczyli się, jak handlować prawami do emisji.
Handel uprawnieniami miał się rozpocząć 1 stycznia 2005 r. Kłapucki i Wiśniewski czekali na tę datę jak na zbawienie. Pozbyli się większości ubezpieczeń i przez dwa lata przygotowywali do nowych zadań. Siebie i rynek, bo prawa do emisji CO2 były w Polsce zupełną nowością. Wpadli na pomysł, aby jeździć po kraju ze szkoleniami dla prezesów.
Inwestycje kosztowały, a Consus dalej prządł cienko. Właściciele brali tylko 500-600 zł pensji, aby mieć ZUS. Co gorsza, wydawanie uprawnień polskim przedsiębiorcom zaczęło się przeciągać. Ostatecznie rozdysponowano je dopiero w czerwcu 2006 r., gdy Kłapucki i Wiśniewski wyciągali ostatnie zaskórniaki.
W 1993 r. wrócił do Polski (jak przyznaje, m.in. dla kobiety). Biznes i tak mógł nadzorować, siedząc po drugiej stronie. Zimą, kiedy nie było czego wywozić z Polski, importował z Hiszpanii cytrusy.
Jednak krótko po powrocie poniósł klęskę. - Polski odbiorca wziął towar i splajtował. Na stare pieniądze straciłem ponad 7 mld zł - opowiada Kłapucki. - Trzeba było poszukać czegoś innego. Tak trafiłem do Mentora.
Consus SMS-em z safari
Wiśniewskiego i Kłapuckiego poznał ze sobą Marek Kaliszek, jeden z założycieli Mentora. Firma kwitła, ale Wiśniewskiego nosiło: najpierw popracował przy spółce Energo-Invest-Broker, którą wówczas Mentor stworzył wraz z elektrowniami, później zakładał fundusz emerytalny Epoka. Przedsięwzięcie, w które zaangażowały się m.in. elektrownie Bełchatów i Kozienice, szczecińska stocznia i KGHM, nie wypaliło. - To były ogromne zakłady pracy, gdzie pracowały rzesze ludzi. Każdy zarabiał i płacił składki. A tu nagle wprowadzono zmianę, że pracodawca nie może wpływać na decyzję pracownika o wyborze funduszu. Nie zdobyliśmy tylu członków, ilu zakładaliśmy - tłumaczy Wiśniewski.
Po porażce Epoki wrócił do Mentora, gdzie w dalszym ciągu pracował Kłapucki. - Po latach mojej nieobecności okazało się, że w Mentorze każdy miał inny pomysł na biznes. Zaczęliśmy się rozstawać - mówi Wiśniewski.
Okazja do odejścia trafiła się w 2000 r. Do przyszłych właścicieli Consusa zgłosili się znajomi, którzy chcieli sprzedać raczkującą firmę doradczą KBR. Kłapucki: - No to kupiliśmy. Po miesiącu mówię: Maciek, ale po jaką cholerę nam to było? Wiesz w ogóle, od czego ta nazwa?
- Nie wiem. Może od właścicieli?
- Trzeba ją zmienić.
Nową wymyślili na odległość: Wiśniewski siedział w Polsce, Kłapucki polował w RPA i słał SMS-y. Stanęło na Consusie - w rzymskiej mitologii to imię boga - opiekuna ziarna zebranego w spichlerzach.
Jeszcze tego samego roku odeszli z Mentora. W nie najlepszej atmosferze. Dziś Marek Kaliszek, szef Mentora, nie chce nawet rozmawiać z "Gazetą" na ten temat.
Telefon z Ameryki
Consus wszedł na rynek ubezpieczeń. Złapali kilka przedsiębiorstw, szpitali, miejską spółkę Toruńskie Wodociągi. Tę ostatnią po roku odpuścili, bo wyszło na jaw, że w jej radzie nadzorczej zasiada ojciec Wiśniewskiego. Sprawą konfliktu interesów zajęła się komisja rewizyjna rady miasta. W dokumentach biura rady nie ma jednak ani sprawozdania, ani nawet sprawy Consusa w planie prac komisji. - Są kwestie, które bada się niekoniecznie w formie kontroli. Czasem wystarczy zasięgnąć informacji, wysłuchać wyjaśnień i na tym koniec - mówi dziś Beata Czerwonka z toruńskiego biura rady miasta.
Jednak to nie był największy problem. Wiśniewski procesował się z kolegami z Mentora o wynagrodzenia, zdobywał mało nowych klientów i, co najgorsze - zachorował na raka. Od końca 2003 r. właściciele musieli do Consusa dokładać, i to pięciocyfrowe sumy. Na szczęście Wiśniewski po dwóch latach pokonał chorobę.
2003 rok był przełomowy jeszcze pod jednym względem - właśnie wtedy do właścicieli Consusa zadzwonił znajomy informatyk, Polak, który pracował wtedy w amerykańskiej firmie Evolution Markets handlującej węglem i uprawnieniami na emisję dwutlenku siarki i tlenków azotu. Amerykanie szukali partnera w Europie, a Consus miał dobre kontakty z energetyką. Firma trafiła na żyłę złota, ale nie było się do niej łatwo dokopać.
- Amerykanie wyczuli biznes i chcieli handlować z Europą, ale byli strasznie trudni - opowiada Kłapucki. - Chcieli spotkać się i już, szybko mieć transakcję. A w Europie tak się nie robi. No i to nasze prawodawstwo
- Jechało się do energetyki i mówiło: sprzedaj coś, co będziesz miał w 2007 r., a prezes nawet nie wiedział do końca, co to jest - wtrąca Wiśniewski.
Z Amerykanami biznesu nie zrobili. Za to nauczyli się, jak handlować prawami do emisji.
Handel uprawnieniami miał się rozpocząć 1 stycznia 2005 r. Kłapucki i Wiśniewski czekali na tę datę jak na zbawienie. Pozbyli się większości ubezpieczeń i przez dwa lata przygotowywali do nowych zadań. Siebie i rynek, bo prawa do emisji CO2 były w Polsce zupełną nowością. Wpadli na pomysł, aby jeździć po kraju ze szkoleniami dla prezesów.
Inwestycje kosztowały, a Consus dalej prządł cienko. Właściciele brali tylko 500-600 zł pensji, aby mieć ZUS. Co gorsza, wydawanie uprawnień polskim przedsiębiorcom zaczęło się przeciągać. Ostatecznie rozdysponowano je dopiero w czerwcu 2006 r., gdy Kłapucki i Wiśniewski wyciągali ostatnie zaskórniaki.
Kiedy rozdano jednostki, okazało się, że Polska ma największe nadwyżki w Europie. Do sprzedania były prawa do emisji 30 mln ton. Consus miał umowę ze Słowakami, którzy potrzebowali uprawnień, ale okazało się, że to za mało. Założyli więc Consus France i weszli na francuską giełdę PowerNext (dziś: BlueNext). Kłapuckiemu, który został szefem nowej spółki, przydała się wtedy znajomość francuskiego. Przez sześć miesięcy zarobili tyle, aby spłacić wszystkie długi i mieć zysk. - Z powodu opóźnienia rządu Polska i tak przegapiła najlepszy moment - utyskuje Wiśniewski, szef Consus Polska. - Na początku 2005 r. jedno uprawnienie kosztowało 30 euro. W połowie 2006 r., kiedy swój przydział dostali wreszcie polscy przedsiębiorcy - już tylko 16 euro. Ceny jednostek spadały, bo okazało się, że na rynku było ich dużo.
Pogoda do interesów
Pod koniec 2006 r. Consus wyszedł na prostą, ale nie był jeszcze krezusem. Paradoksalnie, sukces firma odniosła w następnym roku, choć zarobiła wtedy tyle, co kot napłakał. Ceny uprawnień, których ważność wygasała w grudniu, zleciały na łeb na szyję do 1-2 centów. Mało kto nimi handlował, bo zysk był żaden. - Byliśmy tylko my i kilka zagranicznych banków, ale one nie docierały bezpośrednio do klientów - mówi Kłapucki.
Zamiast zakładanych praw do emisji 2 mln ton Consus sprzedał lub kupił za bezcen dziesięć razy tyle. Kiedy w 2008 r. nastąpiło nowe rozdanie i ceny jednostek skoczyły do kilkunastu euro, toruńska firma miała już markę i długą listę kontaktów. - Zaczęliśmy się chwalić obrotami - mówi Wiśniewski. - Na dodatek pomógł nam kryzys finansowy, bo spekulanci przerzucili się na rynki towarowe, m.in. nasz.
Przydział uprawnień na emisję CO2 w całej UE w latach 2008-12 opiewa na 2 mld ton rocznie. W pierwszych dwóch latach tego okresu Consus pośredniczył w sprzedaży ponad pół miliarda ton.
Dziś na dwutlenku węgla zarobić coraz trudniej: przybyło pośredników, spadły marże, a przedsiębiorstwa nie mają wielkich nadwyżek. Dlatego Kłapucki i Wiśniewski mają nowe pomysły - zarządzanie i handel tzw. kolorowymi certyfikatami promującymi ekologiczną energię oraz derywatami pogodowymi.
Co to takiego? Wiśniewski podaje przykład. Wyobraźmy sobie, że w grudniu jest ciepło. Elektrownia nie sprzedaje dużo prądu, więc ponosi stratę, ale zostają jej uprawnienia do emisji CO2. Jeśli cena jest dobra, sprzeda je i wyjdzie na swoje. Jeśli jednak nagle zrobi się -20 stopni Celsjusza, sprzeda też dużo energii i musi znów kupić jednostki. Gdy ich cena będzie za wysoka, elektrownia znów straci. Chyba że wykupi zabezpieczenie - czyli właśnie derywat pogodowy.
No dobrze, a skąd pomysł, aby wesprzeć WOŚP, i to dwa razy z rzędu? - pytam na koniec.
- Jak mamy pieniądze, to trzeba się dzielić - odpowiada Wiśniewski. - Nie ukrywam, że wpływ miała też moja własna historia dwuletnich zmagań z rakiem. A WOŚP zbierała przecież pieniądze dla dzieciaków z problemami onkologicznymi. Poza tym to doskonała forma reklamy. Kiedy wygraliśmy licytację na pierwsze serduszko, padł nam serwer obsługujący stronę internetową, tyle osób chciało sprawdzić, kim jesteśmy.
Pogoda do interesów
Pod koniec 2006 r. Consus wyszedł na prostą, ale nie był jeszcze krezusem. Paradoksalnie, sukces firma odniosła w następnym roku, choć zarobiła wtedy tyle, co kot napłakał. Ceny uprawnień, których ważność wygasała w grudniu, zleciały na łeb na szyję do 1-2 centów. Mało kto nimi handlował, bo zysk był żaden. - Byliśmy tylko my i kilka zagranicznych banków, ale one nie docierały bezpośrednio do klientów - mówi Kłapucki.
Zamiast zakładanych praw do emisji 2 mln ton Consus sprzedał lub kupił za bezcen dziesięć razy tyle. Kiedy w 2008 r. nastąpiło nowe rozdanie i ceny jednostek skoczyły do kilkunastu euro, toruńska firma miała już markę i długą listę kontaktów. - Zaczęliśmy się chwalić obrotami - mówi Wiśniewski. - Na dodatek pomógł nam kryzys finansowy, bo spekulanci przerzucili się na rynki towarowe, m.in. nasz.
Przydział uprawnień na emisję CO2 w całej UE w latach 2008-12 opiewa na 2 mld ton rocznie. W pierwszych dwóch latach tego okresu Consus pośredniczył w sprzedaży ponad pół miliarda ton.
Dziś na dwutlenku węgla zarobić coraz trudniej: przybyło pośredników, spadły marże, a przedsiębiorstwa nie mają wielkich nadwyżek. Dlatego Kłapucki i Wiśniewski mają nowe pomysły - zarządzanie i handel tzw. kolorowymi certyfikatami promującymi ekologiczną energię oraz derywatami pogodowymi.
Co to takiego? Wiśniewski podaje przykład. Wyobraźmy sobie, że w grudniu jest ciepło. Elektrownia nie sprzedaje dużo prądu, więc ponosi stratę, ale zostają jej uprawnienia do emisji CO2. Jeśli cena jest dobra, sprzeda je i wyjdzie na swoje. Jeśli jednak nagle zrobi się -20 stopni Celsjusza, sprzeda też dużo energii i musi znów kupić jednostki. Gdy ich cena będzie za wysoka, elektrownia znów straci. Chyba że wykupi zabezpieczenie - czyli właśnie derywat pogodowy.
No dobrze, a skąd pomysł, aby wesprzeć WOŚP, i to dwa razy z rzędu? - pytam na koniec.
- Jak mamy pieniądze, to trzeba się dzielić - odpowiada Wiśniewski. - Nie ukrywam, że wpływ miała też moja własna historia dwuletnich zmagań z rakiem. A WOŚP zbierała przecież pieniądze dla dzieciaków z problemami onkologicznymi. Poza tym to doskonała forma reklamy. Kiedy wygraliśmy licytację na pierwsze serduszko, padł nam serwer obsługujący stronę internetową, tyle osób chciało sprawdzić, kim jesteśmy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4.2
59 głosów
Przeczytaj 98 komentarzy na Forum
Pobierz aplikację Wyborcza.biz na:













