Początek lutego. W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łapach dają zasiłki. Kolejka gęstnieje od rana. Od godz. 9, choć pieniądze dają od 11. W ogonku nieznajomi ludzie żalą się sobie nawzajem. Przyznają się do robienia takich rzeczy, do których normalnie nie byliby zdolni.
Magdalena, 45 lat, wreszcie może to z siebie wyrzucić. Mówi szybko, zachłannie, z urywanym szlochem: - Kilka tygodni temu, gdy były te straszne mrozy, córeczce wysuszyła się skóra na buzi. Kremu już od trzech miesięcy nie kupowałam, nie miałam czym posmarować jej tych ranek. Wiedziałam, że w portfelu tylko wiatr świszcze. Poszłam do sklepu i ukradłam krem Bambino. Wsadziłam do kieszeni kurtki i udałam, że czegoś szukam. Całą drogę do domu wyłam. Wstyd mi. Przysięgam, że gdy tylko odbijemy się od dna, oddam pieniądze za ten cholerny krem.
Lizak z patelni Przez 20 lat drugim domem Magdaleny i jej męża były Zakłady Naprawcze. Kokosów nie zarabiali, ale wystarczało do pierwszego. Żyli skromnie, ale uczciwie.
Łapy kwitły. Na kładce nad torami największy tłok był przed godz. 7 z rana i po 15. Można było zegarki ustawiać. Pierwsi pojawiali się pracownicy Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego - spacerkiem, z papierosem w zębach szli do pracy lub wracali z niej.
Wszystko załamało się w połowie 2008 roku. Po wcześniejszej likwidacji cukrowni Łapy, gdzie pracę straciło 250 osób, zaczęły upadać ZNTK. Musiały upaść, ich długi przekroczyły wysokość majątku. Główny kontrahent firmy - PKP Cargo - z powodu własnych kłopotów finansowych przestał naprawiać w Łapach wagony.
Teraz kładka świeci pustkami, nie słychać gwizdów hamujących pociągów i kłócących się chłopów.
750-osobowa załoga pół roku temu poszła na bruk.
W tym Magdalena i jej mąż.
Teraz z dwójką synów w wieku szkolnym i czteroletnią córką zostali bez środków do życia. Rodzice - choć sami ledwo wiążą koniec z końcem - pomagają im, jak mogą. Chodzi o to, by nie zadłużyli
mieszkania. Pomoc od państwa to 300 zł zapomogi i obiady dla dzieci w szkole. Dobre i to. Pracy szukają wszędzie, gdzie się da. Jeszcze jesienią mąż Magdaleny dorabiał w fabryce okien, ale skończyło się - w branży zastój. Najbardziej im szkoda dzieci. Maluchy doskonale rozumieją sytuację. Mimo że dorośli starają się żyć normalnie, uśmiechać się do siebie, rozmawiać nie tylko o kłopotach, to dzieciaki i tak widzą biedę. Nigdy o nic nie proszą. Matka ratuje sytuację. Lizaki robi im, rozpuszczając na patelni cukier. Najstarszy syn codziennie na długiej przerwie przybiega do domu i pyta z nadzieją: - Może znaleźliście pracę?
Wraca do szkoły rozczarowany, przed kolegami kryje łzy.
- Niczego nam nie brakuje, bo mamy siebie, nie kłócimy się. A jednocześnie... wszystkiego - wyznaje Magdalena.
Nadzieja w inwestorze Dla 54-letniej Anny szczęście jest wtedy, gdy kupi dzieciom chleb, bo bułki są u nich tylko od święta. Aha, i do pełni szczęścia potrzeba, żeby wiedziała, że w portfelu ma pieniądze na jeszcze jeden chleb.
A o kłopotach stara się nie myśleć, bo to grzech. Są tacy, co mają jeszcze gorzej.
Do opieki społecznej przyszła pierwszy raz - przyznali jej do czerwca 326 zł miesięcznego zasiłku. I dodatek mieszkaniowy - 335 zł. Ustawiła się na końcu ogromnego ogonka do kasy. Pracownicom MOPS-u ciężko patrzeć ludziom w oczy. Ciężko patrzeć na ogrom biedy. A nie da się jej nie zauważać. Średnio codziennie wypłacają jakieś 50 tys. zł różnych zapomóg. W 2009 r. łapski MOPS wspierał 1618 rodzin (ok. 4 tys. osób). Rok wcześniej po świadczenia zgłaszało się 1096 rodzin (ok. 2 tys. osób - o połowę mniej).
Dyrektorka placówki Małgorzata Wasilewska przyznaje: - Bezrobocie w 25-tysięcznych Łapach to ogromny problem. W styczniu w ramach programu rządowego w zakresie dożywiania wypłaciliśmy potrzebującym połowę budżetu przeznaczonego na cały rok.
Opowiada, że część może bardziej rezolutnych albo mających większe szczęście mieszkańców zatrudniła się w Warszawie i codziennie dojeżdżają tam do pracy. Jadą pierwszym pociągiem, a wracają ostatnim. W stolicy za sześć-siedem godzin pracy - głównie sprzątania w mieszkaniach czy pilnowania dzieci - otrzymują jakieś 2,5 tys. zł. Nawet po odjęciu kosztów związanych z kupieniem biletów miesięcznych na pociąg i tak zostaje im całkiem ładna kwota.
- Nędza jest straszna - potwierdza Roman Czepe, burmistrz Łap. - W najgorszej sytuacji są byli pracownicy ZNTK, którzy zarabiali bardzo mało i właściwie przez lata wegetowali. Nie mają żadnych oszczędności. Dopiero teraz, gdy opieka społeczna przychodzi do nich, by przeprowadzić wywiad, okazuje się, że oni są znacznie ubożsi nawet od tych, którzy wcześniej żyli z zasiłków. Dla nich problemem okazuje się nie tylko brak pieniędzy na chleb. Nie mają w domach podstawowych rzeczy, jak lodówka czy łóżko dla dziecka.
Burmistrz Czepe jednak nie traci optymizmu. Jest przekonany, że Łapy się podniosą.
- Ktoś w końcu musi u nas zainwestować. To tylko kwestia dobrej reklamy i czasu - przekonuje. Gminni urzędnicy "atakują" z jednej strony syndyka i zarząd ZNTK. Z drugiej - analizują możliwości wydzielenia gruntów pod inwestycje i rozdają potencjalnym inwestorom mapki zakładowych działek z uzbrojeniem. - Jeszcze nie wiemy, czy lepiej, by syndyk podzielił majątek zakładów i je sprzedał, czy może na drodze postępowania układowego - jeśli sędzia komisarz się na to zgodzi - wydzierżawić tereny inwestorowi. Pomagamy więc na obu polach - tłumaczy Czepe.
Kilka tygodni temu padł pomysł dzierżawy majątku ZNTK inwestorowi ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Na początku roku zarząd ZNTK w tajemnicy przed syndykiem podpisał z owym inwestorem kontrakt na trzy lata, ale z możliwością jego przedłużenia. Obejmuje on wykonanie cystern czteroosiowych i tankkontenerów. Łapskie zakłady mają mieć także wyłączność na serwisowanie wyprodukowanych przez siebie składów oraz składowanie ich na własnym terenie. Jednak warunkiem, by transakcja w ogóle doszła do skutku, jest zmiana trybu upadłości z likwidacyjnej na układową. Zarząd zakładów potrzebny do tego wniosek już złożył.
Choć arabski inwestor w podlaskich Łapach brzmi jak baśń o żelaznym wilku, to jednak zlecanie przez niego pracy okazuje się całkiem możliwe. Jego cysterny i wagony nie jadą potem do Emiratów, tylko do Rumunii. Burmistrz Czepe uważa, że ma to jakieś tam ręce i nogi, ale inwestor musi poprawić wniosek.
- Jesteśmy za tym, by poprawiał, co tylko się da. Odrzucić go jest bardzo łatwo, ale tutaj nie o to chodzi. Tu ludzie potrzebują chleba - dowodzi Czepe. - Podobnie walczymy o tereny po cukrowni Łapy i o stworzenie tam zakładu biogazowni. Dociskamy zarząd Krajowej Spółki Cukrowej, właściciela terenów, by pozwolił nam wykupić część terenu, i jednocześnie pytamy, co zamierza zrobić z resztą. Nie chcemy tu pomników.
Gmina stara się też ściągnąć inwestorów na własną rękę. Widzi w Łapach podstrefę Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która miałaby powstać właśnie na terenach po byłej cukrowni. Przygotowywany jest wniosek o dopłaty unijne na ten projekt. Odblokowano również trzy ogromne prywatne tereny pod inwestycje - po 30 hektarów każdy.
- Błagam przedsiębiorców, by inwestowali u nas, i codziennie modlę się, by mieszkańcy Łap wytrzymali te trudne czasy - dramatycznie kończy Czepe.
6 zł na dzień
Coraz mniej osób wierzy, że będzie lepiej. Anna na początku wierzyła. 30 lat przepracowała w cukrowni Łapy. - Gdy mnie zwolnili, mówiłam wszystkim, że poruszę niebo i ziemię, a robotę znajdę. Że wszystko wróci do normy. Ale gdy po roku upadły Zakłady Naprawcze, gdzie zdrowie stracił mój mąż, zrozumiałam, że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś - mówi ze łzami w oczach.
Nie będzie. Mąż nie dał rady, poddał się, sięgnął do butelki.
52-letnia Halinka stara się racjonalnie podchodzić do nagłej biedy, oswoić ją. Do sklepu nie chodzi codziennie, żeby nie wydawać na głupoty. Lista zakupów krótka: chleb i coś do chleba. Masła nie potrzeba. Wspomina, że kilka dni temu kupiła u prywaciarza parę plastrów szynki, była w promocji, po 13 zł za kilogram. Smaczna nawet. Na obiad Halinka wymyśla 1001 potraw z ziemniaków. Kopytka, pyzy, babka, kiszka ziemniaczana...
- Może komuś z Warszawy trudno uwierzyć w to, że w XXI wieku w cywilizowanym kraju niemal całe miasteczko siedzi głodne - rodzina Joanny nie żyje takimi problemami jak reszta kraju: wyborami, śnieżycą czy odmawiającym na mrozie współpracy autem. Jej rodzina żyje tym, co ma wrzucić do garnka. Za 460 zł zapomogi opłacają rachunki. Na życie zostaje niecałe 200 zł. 6 zł na dzień.
Joanna i jej mąż pracowali w ZNTK. Dzieci chodzą do szkoły - syn do podstawówki, córka do gimnazjum. Gdy pracowali, byli radosnymi ludźmi. Zapraszali do siebie znajomych, wychodzili z domu. Teraz nie ma wizyt, kawek, pogaduszek.
- Pokory nauczyliśmy się bardzo szybko. Tylko szczęściarze pracują. Choć sąsiadka mówi, że to my mamy szczęście, bo mama ze wsi przywozi nam jedzenie. Inaczej to chyba byśmy z głodu umarli - mówi Joanna. Wszyscy w domu udają, że jest OK. Ona z mężem udaje przed dziećmi, że jedzenie i odzież kupuje, a tak naprawdę dostaje je z darów w kościele. Dzieci udają, że niczego nie potrzebują. Schorowana mama Joanny udaje, że lepiej się czuje, i raz w tygodniu dowozi im, co tylko zdoła udźwignąć.