Biznes Ludzie Pieniądze

Europa sama spowalnia swój rozwój

Stefan Bratkowski
08.02.2010 , aktualizacja: 07.02.2010 22:48
A A A Drukuj
W żadnej dziedzinie biurokracja nie rozkwitała tak bezkarnie jak w dziedzinie skarbowości - poczynając od starożytnego Egiptu, a kończąc na kilku XIX-wiecznych państewkach Niemiec, gdzie opodatkowano... słowiki.
Stefan Bratkowski
FOT. ADAM KOZAK / AGENCJA GAZETA
Stefan Bratkowski
Przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego, prof. Jerzemu Buzkowi

Ministrowi Finansów Rządu RP, prof. Jackowi Rostowskiemu

Adresuję ten artykuł do obu Panów - z nadzieją, że to może właśnie któryś z Panów zainicjuje europejską dyskusję nad systemami podatkowymi w państwach Unii Europejskiej.

Jeśli Unia naprawdę chce odgrywać czołową rolę w gospodarce światowej, musi powrócić do zasad prostej gospodarności. Dziś, gdyby nawet chciała rywalizować z Ameryką, nie ma szans po temu, narzuciwszy sobie sama biurokratyczne pęta. Jak biegacz, który u startu powiązał sobie nogi, by nie stawiać za dużych kroków.

To prawda, w żadnej dziedzinie wolna twórczość rządzących biurokracji nie rozkwitała tak bezkarnie jak w dziedzinie skarbowości - poczynając od starożytnego Egiptu, a kończąc na kilku XIX-wiecznych państewkach Niemiec, gdzie opodatkowano... słowiki. Biurokracja współczesna czyniła skarbowość, nie bez współpracy uczonych, specjalnością wyższego rzędu, skomplikowaną i wymyślną, by całkowicie onieśmielić przeciętnego obywatela. W rezultacie obywatel traktował podatki jak dopust boży i buntował się dopiero w skrajnych sytuacjach. Całymi latami w Europie ściągano podatek od produkcji (we Francji podatek "jednokrotny" od 1936 r.), czyli od tego, co kto wyprodukował i miał na składzie, a nie od tego, co sprzedał; inny podatek dotykał transakcje zawarte, miast wpływy gotówkowe lub wekslowe z tych transakcji, na co przed wojną zżymał się u nas Eugeniusz Kwiatkowski. Że sami Francuzi nie nakręcili żadnej komedii o swych podatkach, złóżmy na karb trudności, jakie mieli z ich zrozumieniem scenarzyści. Ale też proste absurdy miały wymiar kanonu wiary.

Ideałem skarbowców późnego XIX wieku, zwłaszcza francuskich liberałów, takich jak Paul Leroy-Beaulieu czy Rene Stourm, była neutralność podatkowa. Pierwotnie nawet - absolutna. Państwo liberałów nie powinno mieszać się do gospodarki. Nie powinno więc podatkami, pisał Stourm, ani stymulować, ani protegować, ani ograniczać niczego co legalne. Ani nawet wychowywać narodów np. cenami napojów alkoholowych czy też papierosów. Przed pierwszą wojną światową pewność tę zakłóciły jednak zbrojenia, a Lloyd George, liberał, chlubił się, że po wysokim opodatkowaniu wódki w 1905 r. Anglicy mniej piją. Potem, przed drugą wojną światową, w epoce Wielkiego Kryzysu, używano już podatków dla sterowania koniunkturą, do walki ze stagnacją czy, na odwrót, inflacją. W drugiej połowie XX wieku wręcz stosowano politykę "elastyczności podatkowej - w USA za Kennedy'ego zreformowano podatek od nieruchomości, żeby pobudzić budowę mieszkań. Później wysoko opodatkowano produkcję samochodów i to ukazało nonsens interwencjonizmu państwowego - doszło do kryzysu w amerykańskim przemyśle samochodowym. Pominę tu "cichą rewolucję" laburzystów angielskich, którzy wysoko opodatkowali artykuły luksusowe (jakby luksus był za tani), a zwolnili od opodatkowania artykuły pierwszej potrzeby - za późno, bo warstwy niższe Anglii osiągnęły już zamożność warstwy średniej.

Abstrakcja pana Siemensa

Dawna skarbowość, której się uczyłem, zdecydowanie odrzuciłaby VAT, podatek od wartości dodanej. Obmyślił go ponoć jeden z młodszych Siemensów, jeszcze w roku 1919, ale, nie ukrywajmy, jako pewną abstrakcję. Zaszczepiła tę abstrakcję swemu systemowi podatkowemu Francja 50 lat temu, a w latach 70. zaraziła nią Unię - na nieszczęście europejskiego handlu i obrotu pieniężnego. Nie przypadkiem Amerykanie, próbując zainstalować to w Japonii, bo nie u siebie, zrezygnowali. Każdy podatek ma jakieś swoje mankamenty, ale trudno zliczyć krytyczne opinie o tym właśnie podatku.

Dziś wracamy (na ogół) do pierwszeństwa celu finansowego podatków. Bez celów ubocznych. Wracamy do pewnej, powiedziałbym, rozsądnej neutralności podatkowej. Aliści VAT nie może być nawet rozsądnie "neutralny": nie sposób go utrzymać na jednym poziomie dla wszystkich towarów i usług - wbrew naszym iluzjom. Hiszpania wprowadziła była dla budownictwa VAT zerowy (jak powinno być i w Polsce, jeśli nie mamy zablokować wzrostu gospodarczego), Anglia zainstalowała VAT zerowy dla książek i gazet, ot, z czystej mądrości, wzorem mądrości XIX-wiecznej, kiedy poczta brytyjska zwalniała od opłat przesyłkę gazet. Wysoki VAT na artykuły dziecięce w krajach Zachodu mógł blokować może rozrodczość ichnich muzułmanów - jak to złośliwie komentowano; ale po co był w Czechach, Polsce i na Węgrzech?

Różne stawki czynią system podatkowy złożonym, a to - pozwolę sobie przypomnieć - wedle bardzo starych doświadczeń obniża wydajność podatkową: utrudnia wymiar podatku, przyczynia kosztów i samo przez się prowokuje krętactwo. Co istotne, te różne stawki są klasycznym przejawem interwencjonizmu, z którym podobno chcieliśmy w Europie zerwać. Bo w jedno uderzamy bardziej, w co innego słabiej...

Wróćmy do grzechu pierworodnego z tym podatkiem. Nie wiem, czy Francuzi czytali Carla von Siemensa. Zaczęło się to jednakże tak: od roku 1948 każdy przedsiębiorca francuski, płacąc podatek od tego, co sprzedał, miał prawo odliczyć sobie podatek, jaki zapłacił jego dostawca. Niby nie wiadomo po co, ale szło oczywiście o zalegalizowany dumping w eksporcie - po tym odliczeniu eksporter mógł sprzedawać swoje eksportowane produkty taniej. Zwłaszcza samochody. VAT (we Francji TVA, taxe a la valeur ajoutee), wprowadzony 10 kwietnia 1954 r., zastąpił oba podatki - ten od produkcji i ten od transakcji. Ten drugi, od transakcji, z odliczaniem podatków dostawców, "kumulatywny", był niby łatwy, zrozumiały, ale zbyt oczywisty, stąd niewygodny dla francuskich producentów samochodów i samolotów, mających wielu kooperantów i długi cykl produkcji. Wedle francuskiego klasyka skarbowości Paula Gaudemeta "zniekształcał prawa konkurencji" i był sprzeczny z zasadą neutralności podatków (!).

Wszystkie wady VAT-u

•  Tak naprawdę przy stawkach wyznaczanych przez władzę to VAT podnosi ceny i ogranicza popyt, a więc zakłóca kształtujące się naturalnie na rynku ceny równowagi; nic tu wspólnego z uczciwą gospodarką rynkową. Teza, że wzrost cen wymusi nową równowagę popytu z podażą, to wyzywająca bzdura (popyt, owszem, dostosuje się do wyższych cen, ale to jak z paradoksem Giffena, kiedy podwyżka cen chleba w XIX-wiecznej Irlandii podniosła sprzedaż chleba, bo na nic innego ludzie już nie mieli pieniędzy).

•  Po drugie, VAT spowalnia i komplikuje obrót pieniężny. Kilka procent pieniądza w ciągu roku nie przepływa jako proste należności od towarów i usług, kredyty i odsetki, lecz krąży bezpłodnie, po nic, uiszczane państwu i zwracane jako przedmiot biurokratycznych operacji.

•  Na dobitek wymaga VAT zatrudnienia tysięcy dodatkowych księgowych w całym systemie podatkowym, w skarbowości i w samych przedsiębiorstwach, nawet w tych, które składają się z paru członków rodziny; wymaga mnóstwa dodatkowej pracy związanej z obiegiem dodatkowych, ciągle nowych informacji.

•  Po czwarte, jest klasycznym biurokratycznym mnożeniem bytów ponad potrzebę, uzasadniającym w rzeczywistości rozrost biurokracji. Francja w ten sposób leczy swoje bezrobocie, ale nawet ona bez VAT-u ma tak rozbudowane struktury biurokratyczne, że wchłaniają one bez trudu nadmiar absolwentów uczelni wyższych. Cóż mówić o RFN, która musi sprowadzać Turków, bo tylu Niemców woli siedzieć w biurach administracji.

•  Gaudemet zachwycał się tym, że VAT „wymaga prowadzenia dokładnej rachunkowości dla każdego produktu, w kolejnych fazach produkcji” (tłum. Maria Gintowt-Jankowicz). Widać, jak bardzo temu wielkiemu umysłowi obca była praktyka interesów, choć sam przyznawał, że rozciągnięcie VAT-u na handel detaliczny zlikwidowało opłaty lokalne, tak ważne dla budżetów władz lokalnych. VAT, nie kryjmy, uprzywilejowuje wielkie przedsiębiorstwa, dyskryminuje małe. Gdyby w urzędach ochrony konkurencji Europy zasiadali wykształceni skarbowcy, podjęliby obronę drobnej przedsiębiorczości. Cała ta dodatkowa księgowość prowadzona przez drobnych przedsiębiorców zamiast prostej, zryczałtowanej opłaty na rzecz systemu podatkowego gnębi ich zgoła zbytecznie. Podwyższając ich koszty własne.

•  Na koniec wreszcie - VAT jest sprzeczny z ideałami postępu w demokracji, która wymaga uproszczeń w funkcjonowaniu państwa, a nie narastających komplikacji. I rzecz najważniejsza: z punktu widzenia demokracji VAT, jak wszelkie podatki pośrednie obciążające konsumentów, odrywa obowiązek podatkowy od obywatela - nikt nie wie, ile płaci i komu. Związek podatkowy obywatela z jego państwem rozmywa się. I chyba nie trzeba tej opinii uzasadniać. Jest oczywista.

Podatkowy samorząd

W Stanach Zjednoczonych ponad 80 proc. obywateli odbiera swe dochody osobiste od pracodawców i innych płatników, a ci sami przekazują systemowi podatkowemu IRS (Internal Revenue System) odpowiednie potrącenia (to stara angielska zasada stoppage at the source - uchwycenia u źródła). Kilkanaście procent - farmerzy, drobni przedsiębiorcy, wśród nich i taksówkarze, nieliczni artyści sprzedający swe dzieła, maklerzy giełdowi - rozlicza się z systemem samodzielni]. A wszyscy mogą skorzystać z przysługujących im różnorakich ulg (o nich bliżej ze szczegółami choćby w każdym dorocznym amerykańskim "World Almanac").

U nas mamy wyższy procent rolników i drobnych przedsiębiorców. Dwadzieścia kilka procent obywateli żyje ze swoich gospodarstw wiejskich (choć tylko jakaś połowa z produkcji towarowej). W ich przypadku można wrócić do XIX-wiecznego brytyjskiego zdrowego rozsądku w systemie podatkowym, do brytyjskiego samorządu podatkowego. Propagował go w podręczniku z 1876 r. Leon Biliński, profesor uniwersytetu lwowskiego, a nie był to żaden uczony utopista, lecz późniejszy polski minister finansów Franciszka Józefa, w roku 1896 autor planu wielkiej reformy podatkowej. Otóż w XIX wieku, kiedy i w Anglii dominowała drobna przedsiębiorczość, odprowadzało hrabstwo "do góry" tylko tyle, ile było trzeba na utrzymanie i na koszty realizacji zadań władz wyższych (owocowało to w opracowywaniu budżetu państwa tzw. budżetowaniem netto).

Chciał Biliński, by tworzono komisje szacunkowe "złożone z zaufanych delegatów podatników", bo wtedy "ludność pełna zaufania do swych wybrańców nie będzie stawiała skarbowi trudności w badaniu dochodu, a może i mniej będzie skłonna do defraudacji i zalegania wobec cyfry podatku, ustanowionej za współudziałem komisji". Tak pracowały wtedy komisje dla podatku dochodowego w Anglii. Nawet w Austrii ustawa z roku 1869 wprowadziła je przy podatku gruntowym, a planowano je i dla reszty podatków.

Pisał Biliński, że powierzywszy wybieranie podatku gminom, "można powiedzieć, iż usunęło się przynajmniej część tradycjonalnej nienawiści podatnika do władzy skarbowej". Wiązał jednak Biliński samorząd skarbowy z rozwojem samorządu w ogóle: "nie dziw, że właśnie ojczyzna samorządu pierwsza zastosowała go w skarbowości". Doświadczenia samorządu szwedzkiego, który wyznacza i pobiera podatki od pracy (od wynagrodzeń) i od działalności gospodarczej, są tu pouczającą lekcją.

Wolałbym, żeby demokracja poszukiwała skuteczności na tej właśnie drodze, miast iść drogą rozwoju biurokracji. I nie ma się co dziwić, że Stany Zjednoczone nie chcą słyszeć o żadnej "harmonizacji" swego systemu podatkowego z Europą.

Unia Europejska robi obecnie wrażenie organizacji znudzonej sobą. Państwa nią rządzące, a raczej ich biurokracje, zadowolone z siebie, bronią się przeciw rosnącym obciążeniom, i słusznie. Ale nie zastanawiają się, co zrobić, by fundusze pomocowe wykorzystywano efektywniej, i nie zastanawiają się, co zrobić, by podnieść efektywność gospodarek Europy. A przynajmniej - nie hamować ich i nie przeszkadzać.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    61 głosów