Dane te różnią się od publikowanego co miesiąc przez GUS wskaźnika wynagrodzeń sektora przedsiębiorstw - nie uwzględnia on bowiem firm najmniejszych, budżetówki czy sektora finansowego. Przez kilka miesięcy płace w firmach realnie się kurczyły, bo wzrosty zjadały podwyżki cen w sklepach. Ostatnio GUS podał, że w sektorze przedsiębiorstw w 2009 roku średnia płaca wzrosła o 4,4 proc., a więc mniej niż podany wczoraj wynik dla całej gospodarki - 5,5 proc.
- Szybszy wzrost płac w całej gospodarce niż w przedsiębiorstwach wynika najprawdopodobniej z tego, że sfera budżetowa dawała większe podwyżki niż firmy - mówi prof. Witold Orłowski, ekspert PricewaterhouseCoopers.
Paweł Kolski, ekonomista Banku BPH, dodaje, że przyczyną tego był kryzys: - Firmy w ubiegłym roku wyraźnie ograniczyły podwyżki. Tymczasem budżetówka miała zagwarantowane wyższe
pensje. Ta sytuacja może się odwrócić w tym roku.
Przedsiębiorstwa powoli zaczynają stawać na nogi i mogą zacząć podnosić pensje swoim pracownikom. Tymczasem w sferze budżetowej tylko nauczyciele mają zagwarantowane podwyżki.
Ernest Pytlarczyk, ekonomista
BRE Banku, uważa z kolei, że to małe firmy okazały się bardziej odporne na kryzys. - W najmniejszych firmach zatrudnienie było bardziej stabilne, mogły one utrzymać wyższy wzrost płac - przekonuje.
A może wzrost płac to efekt statystyczny? Bo jeśli redukcje zatrudnienia dotyczą najmniej zarabiających, to przeciętna
pensja rośnie. Ekonomiści są jednak sceptycznie nastawieni do tej teorii. - Rzeczywiście, firmy pewnie częściej zwalniają osoby niewykwalifikowane, wolą zatrzymać specjalistów. Gdy koniunktura powróci, dużo trudniej byłoby ich z powrotem zatrudnić - przyznaje Kolski. Witold Orłowski mówi jednak wprost, że nawet jeśli takie wypadki mają miejsce, to ich skala nie jest na tyle duża, by mieć wpływ na dynamikę płac w całej gospodarce.