Według najnowszych danych GUS przeciętna pensja w całej gospodarce wyniosła w ubiegłym roku 3103 zł. To o 5,5 proc. więcej niż rok wcześniej.
ZOBACZ TAKŻE
- Nie płacą rachunków za komórkę, ani rat za pralkę. Średni dług: 2.250 zł (03-02-10, 07:30)
- Stolica zaprasza do siebie Brata PIT-a (01-02-10, 06:57)
- Bój o podwyżki (25-01-10, 14:00)
- Szejnfeld: Ludzie mają takie same żołądki (21-01-10, 20:18)
Dane te różnią się od publikowanego co miesiąc przez GUS wskaźnika wynagrodzeń sektora przedsiębiorstw - nie uwzględnia on bowiem firm najmniejszych, budżetówki czy sektora finansowego. Przez kilka miesięcy płace w firmach realnie się kurczyły, bo wzrosty zjadały podwyżki cen w sklepach. Ostatnio GUS podał, że w sektorze przedsiębiorstw w 2009 roku średnia płaca wzrosła o 4,4 proc., a więc mniej niż podany wczoraj wynik dla całej gospodarki - 5,5 proc.
- Szybszy wzrost płac w całej gospodarce niż w przedsiębiorstwach wynika najprawdopodobniej z tego, że sfera budżetowa dawała większe podwyżki niż firmy - mówi prof. Witold Orłowski, ekspert PricewaterhouseCoopers.
Paweł Kolski, ekonomista Banku BPH, dodaje, że przyczyną tego był kryzys: - Firmy w ubiegłym roku wyraźnie ograniczyły podwyżki. Tymczasem budżetówka miała zagwarantowane wyższe pensje. Ta sytuacja może się odwrócić w tym roku.
Przedsiębiorstwa powoli zaczynają stawać na nogi i mogą zacząć podnosić pensje swoim pracownikom. Tymczasem w sferze budżetowej tylko nauczyciele mają zagwarantowane podwyżki.
Ernest Pytlarczyk, ekonomista BRE Banku, uważa z kolei, że to małe firmy okazały się bardziej odporne na kryzys. - W najmniejszych firmach zatrudnienie było bardziej stabilne, mogły one utrzymać wyższy wzrost płac - przekonuje.
A może wzrost płac to efekt statystyczny? Bo jeśli redukcje zatrudnienia dotyczą najmniej zarabiających, to przeciętna pensja rośnie. Ekonomiści są jednak sceptycznie nastawieni do tej teorii. - Rzeczywiście, firmy pewnie częściej zwalniają osoby niewykwalifikowane, wolą zatrzymać specjalistów. Gdy koniunktura powróci, dużo trudniej byłoby ich z powrotem zatrudnić - przyznaje Kolski. Witold Orłowski mówi jednak wprost, że nawet jeśli takie wypadki mają miejsce, to ich skala nie jest na tyle duża, by mieć wpływ na dynamikę płac w całej gospodarce.
- Szybszy wzrost płac w całej gospodarce niż w przedsiębiorstwach wynika najprawdopodobniej z tego, że sfera budżetowa dawała większe podwyżki niż firmy - mówi prof. Witold Orłowski, ekspert PricewaterhouseCoopers.
Paweł Kolski, ekonomista Banku BPH, dodaje, że przyczyną tego był kryzys: - Firmy w ubiegłym roku wyraźnie ograniczyły podwyżki. Tymczasem budżetówka miała zagwarantowane wyższe pensje. Ta sytuacja może się odwrócić w tym roku.
Przedsiębiorstwa powoli zaczynają stawać na nogi i mogą zacząć podnosić pensje swoim pracownikom. Tymczasem w sferze budżetowej tylko nauczyciele mają zagwarantowane podwyżki.
Ernest Pytlarczyk, ekonomista BRE Banku, uważa z kolei, że to małe firmy okazały się bardziej odporne na kryzys. - W najmniejszych firmach zatrudnienie było bardziej stabilne, mogły one utrzymać wyższy wzrost płac - przekonuje.
A może wzrost płac to efekt statystyczny? Bo jeśli redukcje zatrudnienia dotyczą najmniej zarabiających, to przeciętna pensja rośnie. Ekonomiści są jednak sceptycznie nastawieni do tej teorii. - Rzeczywiście, firmy pewnie częściej zwalniają osoby niewykwalifikowane, wolą zatrzymać specjalistów. Gdy koniunktura powróci, dużo trudniej byłoby ich z powrotem zatrudnić - przyznaje Kolski. Witold Orłowski mówi jednak wprost, że nawet jeśli takie wypadki mają miejsce, to ich skala nie jest na tyle duża, by mieć wpływ na dynamikę płac w całej gospodarce.
Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości gospodarcze?
Zamów newsletter!
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
1.8
25 głosów
Przeczytaj 54 komentarze na Forum
Wyborcza.biz poleca
KOBIETA SUKCESU

Ma 30 lat i zarządza majątkiem wartym 2 mld zł
PRZEŚWIETLAMY REKLAMY

W Play Fresh stan darmowy... nie jest darmowy
Edukacja w finansach











