Po poniedziałkowym tekście w "Gazecie Wyborczej":
"Całe Łapy siedzą głodne" w redakcji rozdzwoniły się telefony. Odebraliśmy dziesiątki e-maili od ludzi chcących pomóc mieszkańcom Łap. Po likwidacji w miasteczku dwóch największych zakładów
pracy - najpierw Cukrowni Łapy, a potem Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego - wielu zostało bez środków do życia.
Bohaterki artykułu, które spotkaliśmy w kolejce po zapomogę w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łapach, opowiadały o życiu w nędzy i braku perspektyw. Przyznawały się do kradzieży kremu Bambino, dla córki. Jedna z bohaterek opowiada o swoim synu, który codziennie na długiej przerwie przybiega do domu, by zapytać rodziców, czy już udało się im znaleźć
pracę. Burmistrz Łap Roman Czepe przyznaje, że w najgorszej sytuacji znaleźli się byli pracownicy ZNTK, którzy zarabiali bardzo mało i właściwie przez lata wegetowali. Nie mają w domach podstawowych rzeczy, jak lodówka czy łóżko dla dziecka.
Czytelników "Gazety" poruszył los mieszkańców tej 25-tysięcznej miejscowości. Chcą im pomóc. Proponują paczki z żywnością, odzieżą, oferują pracę.
Tym, którzy chcieliby dotrzeć do najbardziej potrzebujących i przekazać dary, proponujemy kontakt z Katarzyną Żukowską-Koc z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łapach (nr tel. 85 715 25 50). Przygotowała listę rodzin będących w najtrudniejszej sytuacji materialnej.
- Każdej osobie, która chce pomóc, wskażę konkretną rodzinę, podam numer telefonu lub adres, by można się było z nią skontaktować i dowiedzieć, czego brakuje jej najbardziej - mówi Żukowska-Koc.
Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Putra (PiS) sytuację w Łapach zna. Interpelował do rządu o pomoc.
- Minister Michał Boni na najbliższy czwartek zaplanował spotkanie robocze z przedstawicielami pięciu resortów, by ustalić plan działania. Wydaje mi się, że w tej chwili jest już zarys kilku przedsięwzięć, które mogą się powieść i spowodować, że Łapy się podniosą - uważa Putra.