W PZU pracuje ponad 15 tys. osób. W czarnym scenariuszu
pracę może stracić nawet 5,2 tys. osób. - Nie mamy wyboru, musimy zrestrukturyzować spółkę, żeby móc skutecznie konkurować na rynku - mówi Rafał Stankiewicz, członek zarządu PZU. I pokazuje liczby: w 2003 r. w PZU pracowało 16 tys. osób, a w 2007 - już 16,7 tys. W tym czasie udziały ubezpieczyciela w rynku skurczyły się o 15 pkt proc. - Tak dłużej nie mogło być - mówi Stankiewicz.
Zwolnienia dotkną zarówno pracowników centrali spółki, jak i jej oddziały. Dzisiaj w większości miast PZU ma co najmniej dwie placówki - osobną dla spółki życiowej i osobną dla majątkowej. Po restrukturyzacji ma być tylko jedna, w której klienci będą mogli kupić wszystkie produkty ubezpieczyciela. Scentralizowana ma być obsługa księgowa, informatyczna i prawna, windykacja czy
logistyka.
PZU nadal będzie modernizować sieć sprzedaży. - Rozwijamy call center, internet i mobilnych ekspertów - mówi Stankiewicz. Według niego zmiany są konieczne, bo dzisiaj pracownik PZU załatwia średnio 1,5 szkody dziennie, podczas gdy standardem na rynku jest 5-6. - Choć agenci wystawiają polisy komputerowo, to potem muszą je drukować i ktoś inny ponownie wklepuje je do komputera - dodaje Stankiewicz.
Ile na zwolnieniach zyska PZU? - Oszczędności będę znaczące - ucina Andrzej Klesyk, prezes PZU. Przyznaje, że najpierw firma będzie musiała stworzyć rezerwy na odprawy dla zwalnianych pracowników. - O liczbach będziemy mogli mówić, kiedy ogłosimy wyniki finansowe za ten rok - dodaje. Będą one znane najwcześniej w lutym-marcu 2011 r.
Jak plany PZU oceniają eksperci? - Restrukturyzacja zawsze jest trudna, ale PZU potrzebuje zmian - mówi prof. Witold Orłowski, doradca PricewaterhouseCoopers. Jego zdaniem, choć dzisiaj ubezpieczyciel zarabia bardzo dobrze, to za kilka lat rezerwy się skończą. - PZU już dzisiaj powinno się na to przygotować - dodaje.
- Czas najwyższy, bo to, co działo się w PZU przez ostatnie lata, woła o pomstę do nieba - mówi anonimowo
analityk rynku ubezpieczeniowego.
Mniej wyrozumiali są związkowcy. Na dzisiaj zaplanowali pikiety pod Ministerstwem Skarbu i Sejmem. - Domagamy się wstrzymania zwolnień, bo prowadzi to do osłabienia spółki - mówi Jerzy Lenart, przewodniczący "Solidarności" w PZU.
Pomocy chcą szukać u marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i ministra skarbu Aleksandra Grada. Na początku lutego wysłali też list do premiera Donalda Tuska. - Jeszcze nie dostaliśmy odpowiedzi - mówi Lenart.
Władze PZU zapewniają, że rada nadzorcza spółki, w której zasiadają przedstawiciele ministra skarbu, zaakceptowała program zwolnień. Wczoraj nie udało nam się zdobyć komentarza ministra Grada.
- Chcemy, by proces zwolnień przebiegał w możliwe najmniej dotkliwy sposób - mówi Stankiewicz. Obiecuje, że zwalnianym pracownikom firma zaproponuje pomoc w znalezieniu nowej
pracy i ponadstandardowy pakiet socjalny.
W te zapewnienia nie wierzą związkowcy. Zarzucają zarządowi PZU, że ubiegłoroczne zwolnienia dotknęły najmocniej pracowników z dużym doświadczeniem zawodowym. Wypowiedzenia dostało wtedy 300 osób. - Większość
kadry kierowniczej z rozdania poprzednich i obecnych ekip rządzących została na swoich stanowiskach i ma się nadal dobrze - przekonuje.
PZU odpiera zarzuty związkowców. - Liczba dyrektorów w centrali spółki spadła o jedną czwartą, a w regionach zmniejszyła się nawet o połowę - mówi Michał Witkowski, rzecznik ubezpieczyciela.
Władze PZU przyznają, że negocjacje ze związkowcami będą trudne. W spółce działa 19 związków zawodowych (w ub.r. PZU wyłożyło na ich działalność ponad 1 mln zł), do których należy ponad połowa pracowników.
W rozpoczynających się 17 lutego rozmowach udział będą mogły wziąć wszystkie związki. Kiedy obie strony zasiadły do stołu w ubiegłym roku, planowane zwolnienia zmniejszono o połowę. Na więcej nie zgodziły się związki zawodowe.
Tym razem ma być inaczej. - Na miejscu związkowców koncentrowałbym się raczej na warunkach odejść - mówi Stankiewicz.