Rząd uważa, że zmiany w KRUS - polegające na włączeniu rolników do powszechnego systemu ZUS-owskiego - mogą spowodować zmniejszone wydatki z
budżetu. Pani profesor przekonuje, że będzie odwrotnie.
Jak to możliwe? Dziś do jednej emerytury rolniczej budżet dopłaca 700 zł, a do ZUS-owskiej - 705 zł. Według pani profesor to dowód, że KRUS jest tańszy.
Jej wyliczenia dotyczą jednak obecnie wypłacanych emerytur, a przecież do świadczeń z ZUS będziemy dopłacać coraz mniej. Pani profesor zapomina, że dziesięć lat temu ZUS objęła reforma emerytalna (politycy po protestach rolników nie dopuścili, by objęła ona też KRUS). I od dziesięciu lat każdy Polak należący do ZUS odkłada składki na indywidualne konto emerytalne. Kiedy odejdzie na emeryturę, dostanie tyle, ile sobie uzbierał. Ani mniej, ani więcej. Państwo nie dopłaci mu z budżetu ani złotówki.
Takie zresztą były założenia reformy, aby za 35-40 lat system ZUS-owski był samowystarczalny.
Za to KRUS nadal będzie dotowany co najmniej kilkunastoma miliardami złotych rocznie pochodzącymi z podatków innych obywateli (bo trzeba przypomnieć, że rolnicy nie płacą dziś podatku dochodowego!).
Czy to sprawiedliwe? Nie. Podobnie jak niesprawiedliwe są przywileje górników, mundurowych, sędziów czy prokuratorów, na których emeryturę muszą zrzucać się inni, np. korzystająca z ZUS pielęgniarka.