Witold Orłowski: Z naszego punktu widzenia to głównie kwestia ekonomiczna. Pewnie obaj i tak nie doczekamy chwili, kiedy stopią się arktyczne pokrywy lodowe, a temperatura powietrza nieprzyzwoicie wzrośnie. Ale jeśli rzeczywiście świat zaangażuje się w walkę z globalnym ociepleniem, na pewno będziemy ponosili tego koszty.
Rzecz jasna cały problem budzi duże emocje. Poczynając od początku XX wieku, zaobserwowano wyraźny wzrost przeciętnej temperatury na kuli ziemskiej, w ciągu ostatnich trzech dekad o ponad 0,5 stopnia Celsjusza. Większość klimatologów wini za to efekt cieplarniany - zaburzenie procesu "wyciekania" ciepła z powierzchni Ziemi do kosmosu wywołane silnie rosnącą emisją gazów cieplarnianych (głównie pary wodnej i dwutlenku węgla).
Ponieważ znaczny wzrost emisji dwutlenku węgla w oczywisty sposób wiąże się z poczynaniami człowieka - zwłaszcza rozwojem energetyki, transportu, przemysłu i rolnictwa - sformułowano tezę, że sposobem powstrzymania lub spowolnienia procesu globalnego ocieplenia jest ograniczenie tej emisji. Ograniczenie takie powinno dotknąć najbardziej odpowiedzialne dziedziny przemysłu, np. opartą na węglu energetykę.
Uczciwie trzeba przyznać, że nie ma twardych dowodów, iż to cokolwiek zmieni. Stąd też głosy krytyków twierdzących, jakobyśmy mieli do czynienia nie tyle z racjonalnym wyborem dokonanym przez świat, ile raczej z lobbingiem firm zainteresowanych sprzedażą nowych technologii i z histerią sterowaną przez grupy alterglobalistyczne (krytyków uskrzydlają takie historie jak wykazane ostatnio "podkoloryzowywanie" raportów na temat skutków ocieplenia klimatu).
Sporu pewnie nie da się rozstrzygnąć. Powinniśmy chyba założyć, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż działania redukujące CO2 mają sens, choć oczywiście powinny być dokonywane racjonalnie i z uwzględnieniem kosztów. Nieraz już zresztą całe narody ponosiły ciężary finansowe tylko dlatego, że uważały to za "prawdopodobnie" słuszne. Od budowy piramid po półwiecze gigantycznych zbrojeń dokonywanych dlatego, że z jakimś prawdopodobieństwem może dojść do III wojny światowej.
Pomówmy więc o tych kosztach... - Mamy do czynienia z dwiema stronami równania. Z jednej strony bez wątpienia walka z emisją CO2 to ogromne koszty, które muszą być z nas ściągnięte - czy w drodze podatków, czy wkalkulowania inwestycji w cenę energii. W ostatecznym rachunku koszty zawsze spadają przecież na gospodarstwa domowe, bo rząd nie ma "własnych" pieniędzy, tylko te, które ściągnie z podatników, a firmy nie będą rezygnować z zysków. W tym kontekście ważne jest, by w czasie negocjacji w sprawie podziału ciężaru walki z emisją CO2
Polska nie pozwoliła obciążyć się nieproporcjonalnie dużymi kosztami.
Z drugiej strony każdy wielki i ambitny program tego typu stanowi potężny impuls do badań naukowych i rozwoju nowych technologii. Większość nowoczesnych urządzeń, z którymi dziś się stykamy (od kuchenki mikrofalowej przez samolot pasażerski, komputer aż do aparatury medycznej), prawdopodobnie wcale by nie istniała, gdyby nie wyścig zbrojeń. Mechanizm był prosty: powszechnie zaakceptowany cel umożliwiał zmobilizowanie ogromnych zasobów, z których większość trafiała do ośrodków badawczych i najnowocześniejszych gałęzi przemysłu. "Odpryskiem" badań ściśle związanych z wojskiem stawały się wynalazki stosowane w sferze cywilnej. A to przyspieszało cały rozwój gospodarczy świata, bo dzieje się tak zawsze, gdy zamiast przejadać środki, inwestujemy je w naukę. Słowem, wielki cel staje się "dopalaczem" gospodarki, przyspieszając jej rozwój.
Dziś nie mamy takiego jak kiedyś ryzyka wojen światowych. Przestał rozpalać wyobraźnię program kosmiczny Może więc, niezależnie od tego czy zdołamy powstrzymać ocieplenie klimatu, czy nie, warto realizować taki ambitny program?