Biznes Ludzie Pieniądze

Grecja koniem trojańskim strefy euro. Wciąż nie koniec zagrożenia

Konrad Niklewicz
14.02.2010 , aktualizacja: 14.02.2010 23:46
A A A Drukuj
Grecja dostanie unijną pomoc, wspólna waluta nie upadnie. Nie tym razem. Ale dopóki Unia nie zajmie się przyczynami kryzysu, pożary w strefie euro będą wybuchały na nowo
Grecka flaga na Akropolu
Fot. Iwona Burdzanowska / AG
Grecka flaga na Akropolu
ZOBACZ TAKŻE
Bezrobocie w krajach Unii Europejskiej
Bezrobocie w krajach Unii Europejskiej
I znów się udało. Czwartkowa deklaracja rządów Unii Europejskiej w sprawie pomocy dla Grecji - pogrążonej w 12,7-proc. deficycie i 113-proc. długu publicznym - trochę uspokoiła rynki.

Polityczna deklaracja była ogólnikowa, wciąż nie wiemy, jak UE zamierza pomóc Grecji, gdyby ta ostatnia o to poprosiła. Pożyczką? Wykupem obligacji? Ale efekt był mniej więcej taki, jaki miał być: kurs euro przestał spadać na łeb na szyję, a rynek wreszcie zaczął zaciskać pętlę na szyi Greków.

Jeszcze w grudniu, by sprzedać swoje dziesięcioletnie obligacje skarbowe, rząd Grecji musiał się zgodzić, by były oprocentowane aż o 405 punktów bazowych wyżej niż obligacje niemieckie.

W piątek, dzień po deklaracji państw Unii, różnica wynosiła już "tylko" 275 punktów.

- Udało się stłumić pożar i uspokoić nastroje. Ale nie wiadomo, na jak długo - ocenia prof. Dariusz Rosati, były europoseł i członek Rady Polityki Pieniężnej.

Ale kiedyś pożar znów może wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Bo powody, dla których bogatsze państwa strefy euro musiały publicznie zobowiązywać się do solidarności finansowej z Grekami, nie zniknęły. I rozrywają strefę euro od środka.

Z kłopotów Grecji warto wyciągnąć wnioski, bo to, co ją dziś spotkało, może przytrafić się nam, jeśli w drodze do euro popełnimy podobne błędy.

Dekada słabnącej gospodarki i życia na kredyt

Bezpośrednim powodem kryzysu finansów publicznych, z którym zderzyły się państwa południowej Europy, była chybiona polityka gospodarcza prowadzona wbrew Komisji Europejskiej i Europejskiemu Bankowi Centralnemu.

Już wchodząc do strefy euro, Grecja miała duży deficyt budżetowy i ponad 100-proc. dług. Samo to powinno ją zdyskwalifikować. Niestety, smutną prawdę o skali zadłużenia Grecy ukryli, fałszując dane o zadłużeniu sektora publicznego.

Potem przez dziesięć lat greckie rządy nie zrobiły wiele, by ograniczyć zadłużenie i chroniczne deficyty. W 2000 r. dług publiczny wynosił 103,4 proc. PKB. I choć w 2007 r. udało się go zbić do najniższego poziomu - 95,6 proc. - to już w 2008 r. ponownie wzrósł do niemal 100 proc.

Dla porównania, w tym samym czasie dług publiczny 12 państw założycielskich strefy euro nie przekraczał 70 proc. PKB.

Niektórzy ekonomiści przeczuwali taki finał, nim jeszcze powstała strefa euro. Bo już wchodząc do niej, grecka gospodarka była mniej konkurencyjna od np. niemieckiej. Chodzi o to, że niemiecki przemysł i sektor usługowy - mimo wysokich kosztów produkcji - są produktywne i innowacyjne. Wystarczy wspomnieć, jaką renomą cieszą się niemieckie samochody. A w dodatku niemiecki rynek pracy jest elastyczny (w ostatnich latach związki zawodowe zgodziły się na negocjacje płacowe i uzależnienie podwyżek od wyników gospodarczych), co pozwoli niemieckim firmom przetrwać czas słabej koniunktury.

Grecja - trzymając się przykładu aut - nie produkuje mercedesów czy porsche. Tamtejsze firmy poza kilkoma chlubnymi wyjątkami nie mają dużych szans na rywalizację z niemiecką konkurencją na światowych rynkach. Sytuację Greków pogarsza to, że ich rynek pracy nie jest tak elastyczny jak niemiecki - koszty pracy rosły wyraźnie szybciej niż w innych krajach strefy euro. Przykładowo w II kwartale 2009 r. (a więc już w środku kryzysu!) wzrosły o 1,4 proc., podczas gdy w Niemczech - tylko o 0,7 proc.

Nie sposób też nie zauważyć, że np. w listopadzie 2009 r. grecki udział w eksporcie całej Unii wyniósł skromne 400 mln euro (udział Polski to 1,8 mld euro, a Niemiec aż 27,1 mld euro).

- Obecność w strefie euro uchroniła Grecję przed pełnymi konsekwencjami swojej własnej nieodpowiedzialności. Euro podziałało jak środek znieczulający - mówi prof. Dariusz Rosati.

To znieczulenie działało przez dziesięć lat. Państwa "niedopasowane" - takie jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia - mogły pacykować swój gospodarczy image dostępnością taniego kredytu. Po wprowadzeniu euro Hiszpanie nagle zaczęli korzystać z historycznie niskich stóp procentowych - niższych niż przed przyjęciem wspólnej waluty. Z jakim skutkiem? Hiszpański boom budowlany zakończył się spektakularną katastrofą i 40-proc. bezrobociem w tym sektorze.

Jednak, gdyby w Grecji wciąż były drachmy, łatwiej mogłaby się wykaraskać z kłopotów. Zadziałałby ten sam mechanizm, który pomógł polskiej gospodarce - naturalna dewaluacja waluty. Dzięki niej greckie towary i usługi stałyby się relatywnie tańsze, a przez to - bardziej atrakcyjne. Cała gospodarka zyskałaby oddech.

W tym kontekście wyniki sondażu dla wczorajszego wydania dziennika "Bild am Sonntag" brzmią nawet zabawnie: okazuje się, że aż 53 proc. Niemców nie miałoby nic przeciwko usunięciu ze strefy euro zadłużonej po uszy Grecji, gdyby tylko zaszła taka konieczność...

Na razie Grecja ma jednak euro. Tak samo jak Hiszpania i Portugalia. Nie mogąc zasłonić się dewaluacją, bez naturalnie silnej gospodarki i mając na karku zawinione przez siebie długi - państwa południowej Europy były skazane na kłopoty. W Hiszpanii bezrobocie wśród osób do 25. roku życia osiągnęło 40 proc.! Teraz, gdy bańka budowlana pękła z hukiem , gdzie ci ludzie znajdą pracę? Czy zgodzą się pracować za połowę obecnych stawek, by wygrać walkę o etaty z Ukraińcami?

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów