Według najnowszego sprawozdania giełdowego, na koniec 2009 r. 73-letni miliarder miał w portfelu niespełna 12 mln akcji Yahoo!. Podczas gdy jeszcze latem ub. r. - ponad 60 mln papierów, co stanowiło ok. 5 proc. udziałów w spółce.
Icahn akcje Yahoo zaczął skupować dwa lata temu, gdy ofertę na przejęcie spółki za prawie 45 mld dol. złożył Microsoft. Gdy zarząd Yahoo odrzucił ofertę,
miliarder włączył się do gry. Zagroził, że jeśli koncern nie przyjmie oferty, to wysadzi z fotela szefa Jerry'ego Yanga i radę nadzorczą (tzw. proxy fight). Publicznie oskarżał zarząd o działanie na szkodę spółki. Ostatecznie
zawarł z Yahoo ugodę, dostając trzy miejsca w radzie nadzorczej.
Po roku - w październiku 2009 r. - z miejsca w radzie zrezygnował. Jako powód podając "dobrą robotę" nowej szefowej koncernu Carol Bartz i podpisanie przez Yahoo! umowy o współpracy z Microsoftem.
W lutym 2008 r. akcje Yahoo! kosztowały ok. 30 dol., na piątkowym zamknięciu - o połowę mniej. Ostatni dołek notowania koncernu zanotowały w listopadzie 2008 r. - za jedną akcję płacono wówczas 8,95 dol. Od tego momentu kurs Yahoo! nie przebił poziomu 18 dol.
Wszystko wskazuje na to, że Icahn sporo na inwestycji w Yahoo stracił. Według nieoficjalnych informacji, lwią część papierów nabył, gdy Yahoo wyceniano na 23-25 dol. za akcję. Cały jego pakiet w koncernie był wówczas wart ok. 1,4 mld dol.. Jednak w drugiej połowie ub. r. wartość udziałów Icahna stopniała do miliarda dolarów. Realne straty multimiliardera trudno oszacować, bo część papierów Yahoo! skupował w transakcjach opcyjnych.
Przeczytaj też:
Między młotem Microsoftu, a kowadłem Google - historia i kulisy podchodów Microsoftu wokół Yahoo