Biznes Ludzie Pieniądze

Dokąd zmierza złoty? Ekonomiści nie są zgodni

Leszek Baj Patrycja Maciejewicz
17.02.2010 , aktualizacja: 17.02.2010 22:07
A A A Drukuj
Minął rok od szczytu walutowej paniki: za euro płacono blisko 5 zł, raty kredytów w euro i frankach biły po kieszeni. Dziś euro kosztuje poniżej 4 zł, ale ekonomiści nie są zgodni, czy złoty będzie nadal rósł w siłę

Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Ile płaciliśmy za euro w ostatnim roku i ile zapłacimy do końca roku.
Ile płaciliśmy za euro w ostatnim roku i ile zapłacimy do końca roku.


W szczycie kryzysu rok temu złoty szybko tracił siły, bardziej niż węgierski forint czy czeska korona. Inwestorzy pozbywali się akcji na warszawskiej giełdzie - WIG20 w pięć miesięcy stracił niemal 50 proc.! Nie chcieli naszych obligacji. Nad Polską wisiało widmo kryzysu walutowego.



Tysiące Polaków, którzy w szczycie nieruchomościowego boomu zaciągnęli kredyty w euro czy frankach szwajcarskich, bezradnie patrzyło, jak z miesiąca na miesiąc muszą coraz głębiej sięgać do kieszeni, by spłacać rosnące raty. Firmy miały wielki problem z opcjami walutowymi - kupiły je, licząc na umacnianie się złotego. Tymczasem złoty się osłabiał i wiele z nich nie było w stanie spłacić zobowiązań wobec banków.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że osłabienie złotego miało też dobre strony - pomogło nam uniknąć recesji i uratowało wielu eksporterów.

Najgorsze przyszło 17 lutego 2009 r. - euro podrożało do 4,92 zł!

Na odsiecz ruszył rząd. Premier Donald Tusk zadeklarował, że rząd będzie wymieniał na rynku euro z unijnych funduszy, gdy cena wspólnej waluty przekroczy 5 zł, ale Bank Gospodarstwa Krajowego zaczął sprzedawać euro wcześniej. I spadek złotego wyhamował. Kilka dni później wspólną słowną interwencję w obronie walut regionu przeprowadziły banki centralne Polski, Czech, Węgier i Rumunii. Podziałało.

- Inwestorzy zdali sobie sprawę, że złoty stracił już za dużo. Stawało się jasne, że Polska radzi sobie lepiej w kryzysie niż inne kraje. Dalsza gra na osłabienie złotego stała się ryzykowna - mówi Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Bank Polska.

- Pomogły zapowiedzi pomocy dla regionu ze strony Banku Światowego, Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju czy Europejskiego Banku Inwestycyjnego - dodaje Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH.

Spekulacje o kryzysie finansowym w Polsce skończyły się, gdy dostaliśmy od Międzynarodowego Funduszu Walutowego dostęp do 20 mld dol. elastycznej linii kredytowej na zwiększenie rezerw walutowych. Choć nigdy z niej nie skorzystaliśmy, to i tak Polska myśli o jej przedłużeniu. Jak tłumaczył Reutersowi wiceminister finansów Dominik Radziwiłł, sytuacja na rynkach finansowych jest wciąż niepewna. - To dla nas parasol ochronny - zgadza się Wiśniewski.

W ciągu ostatniego roku złoty umocnił się o 24 proc. Ci, którzy chcą wiedzieć, co będzie dalej, powinni przypomnieć sobie żartobliwe porzekadło: "Na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma". Prognozy dla złotego są równie rozbieżne.

Ekonomiści pytani przez "Gazetę" przewidują, że w połowie roku euro będzie kosztowało od 3,65 do 4,25 zł! Zdaniem Michała Dybuły, głównego ekonomisty BNP Paribas, jesienią możemy za euro płacić 4,35 zł. W przypadku kiepskich informacji o stanie finansów publicznych i fiasku ich naprawy nie zdziwiłoby go i 4,7 zł. - Wtedy szybko musiałaby zareagować Rada Polityki Pieniężnej i podnieść stopy procentowe - uważa.

- Złoty jest bardzo uzależniony od sytuacji na globalnych rynkach - mówi Maja Goettig. Do jego osłabienia mogłoby dojść przy większej korekcie na giełdach. Jeśli utrzyma się niepewność co do finansów publicznych np. w Grecji, euro może dalej osłabić się do dolara, a za nim złoty.

Dybuła nie wierzy też w powodzenie rządowego planu prywatyzacji spółek, który ma dać 27 mld zł w 2010 r. A to właśnie napływ prywatyzacyjnego kapitału z zagranicy ma dalej umacniać złotego, co prognozuje część ekonomistów. Inne czynniki umacniające naszą walutę to napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych, skuteczne wykorzystywanie funduszy unijnych czy wiarygodna polityka budżetowa. Optymiści przypominają, że na naszą korzyść działają solidne fundamenty gospodarcze - nie mieliśmy recesji, mamy 1,7-proc. wzrost PKB. Dzięki temu inwestorzy w Nowym Jorku czy Londynie przestali nas wrzucać do jednego worka z krajami mającymi poważne kłopoty gospodarcze.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    33 głosy