U pośredników finansowych telefony się urywają. - Potrzebuję pożyczki gotówkowej. Pomożecie? - pytają codziennie tysiące klientów. Szanse na kredyty w bankach ma niewielu. - 40 proc. osób, które do nas dzwonią, ma już negatywne wpisy w
BIK i większość banków im pieniędzy nie pożyczy - mówi Halina Kochalska, analityk Gold Finance. Firmę pośrednictwa finansowego traktują jak ostatnią deskę ratunku - bo jej pracownicy znają banki, wiedzą, który jest najbardziej liberalny.
Tylko że liberalnych praktycznie już nie ma. Szybkie i drogie pożyczki, które miały być dla banków żyłą złota, okazały się kulą u nogi. Finansiści liczyli na miliony zysków: na kredytach gotówkowych i ratalnych zarabiają nawet 30 proc. w skali roku, bo chociaż maksymalną cenę takich pożyczek określa ustawa o
kredycie konsumenckim (nominalne oprocentowanie nie może przekroczyć czterokrotności stopy lombardowej NBP, czyli obecnie 20 proc.), to banki znalazły sposób na jej obejście. Każą sobie płacić prowizje, opłaty przygotowawcze, dodatkowe ubezpieczenia.
Okazało się jednak, że gdy klienci popadają w tarapaty finansowe, na początku przestają spłacać raty kredytów gotówkowych. Jednym z banków, które najbardziej sparzyły się na szybkich pożyczkach, jest Kredyt Bank. Za pośrednictwem Żagla (firma pośrednictwa finansowego, która jeszcze niedawno należała do Kredyt Banku; bank sprzedał ją pod koniec 2009 r.) udzielał pożyczek gotówkowych i ratalnych. Teraz ma problem z odzyskaniem z grubsza co piątej pożyczonej złotówki i musiał zawiązać blisko 0,5 mld zł rezerw. - Wielu klientów zawiodło nasze zaufanie. Zadłużali się bez opamiętania, brali kredyty w wielu bankach i w ogóle nie zwracali uwagi na to, że pożyczone pieniądze trzeba oddać - mówi Lidia Jabłonowska-Luba, wiceprezes Kredyt Banku. Przyznaje, że część winy leży też po stronie banków - niektóre nie chciały dzielić się z konkurencją wiedzą o swoich klientach i nie przekazywały danych o ich zadłużeniu do
Biura Informacji Kredytowej. Inne banki często nie wiedziały, że osoba, która przychodzi do nich po pożyczkę, ma już na głowie inne kredyty. Płaci za to teraz cały sektor - jak informuje Komisja Nadzoru Finansowego, w 2009 r. banki zawiązały ponad 12 mld zł rezerw, z czego dużą część z powodu niespłacanych pożyczek konsumpcyjnych.
Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, a obecnie ekspert Gdańskiej Akademii Bankowej, przyznaje, że przeholowaliśmy z konsumpcją na kredyt: - Wartość kredytów gotówkowych, ratalnych, samochodowych i tych zaciągniętych na kartach kredytowych sięga już 10,5 proc. polskiego PKB. Średnia dla Unii Europejskiej wynosi 7,5 proc. To znaczy, że na kredyt konsumujemy znacznie więcej niż statystyczny Europejczyk. Karpiński przyjrzał się danym, które banki przekazują do BIK (trafiają tam dane o tym, ile kredytów spłacamy, jakie jest nasze zadłużenie i czy regularnie spłacamy raty), i doszedł do wniosku, że ok. 170 tys. Polaków ma na głowie co najmniej dziesięć kredytów. Ich łączne zadłużenie przekracza 20 mld zł.
Co to za klienci? - Przede wszystkim renciści i emeryci, klienci, którzy z definicji powinni bardzo sumiennie spłacać swoje zobowiązania - mówi Lidia Jabłonowska-Luba. - Ponieważ w ocenie banków ich dochody są stabilne, zaciągali pożyczki dla całej rodziny. Dla wnuczka na
samochód albo dla wnuczki na wesele - dodaje. Pieniądze się rozeszły, a spłacać nie ma z czego.
Wiceprezes Kredyt Banku podkreśla, że takie osoby na własne życzenie przykleiły sobie w
Biurze Informacji Kredytowej metkę "nierzetelny" i żaden bank kredytu im już nie udzieli: - Mogą odbudować swoją wiarygodność: założyć rachunek, pokazać, że są sumiennymi klientami. Ale to potrwa!
Tymczasem, chociaż o szybkie pożyczki w bankach coraz trudniej, liczba chętnych do ich zaciągnięcia wcale nie spada. Wieści dochodzące od pośredników finansowych potwierdza Narodowy Bank Polski. - Z wypowiedzi banków wynika, że popyt na kredyty konsumpcyjne cały czas rośnie. To zapowiada, że ich dostępność będzie się zmniejszać - mówi prof. Małgorzata Zaleska, wiceprezes NBP.
Co w tej sytuacji robią osoby, które potrzebują pieniędzy, a pracownicy banków odsyłają je z kwitkiem? - Niestety, będą musieli szukać pieniędzy na marginesie systemu finansowego, w firmach pożyczkowych i parabankach - mówi Mateusz Ostrowski, analityk Open Finance. Tam witają ich z otwartymi ramionami - pieniądze na zawołanie, tylko że ceny horrendalne. Co więcej, działalności firm pożyczkowych nikt nie kontroluje - w przeciwieństwie do banków nie podlegają one regulacjom Komisji Nadzoru Finansowego. - Te firmy nie zbierają depozytów, a właśnie ochrona bezpieczeństwa depozytów jest głównym przedmiotem troski nadzoru - wyjaśnia Marta Chmielewska-Racławska, rzeczniczka KNF. W Providencie pożyczka na 1500 zł, którą klient ma spłacić w ciągu siedmiu miesięcy, jest oprocentowana na 108 proc. w skali roku.