Protestowali już rolnicy, urzędnicy ministerstwa finansów nie wpuścili do budynku resortu greckiego ministra finansów. Od wtorku protestują celnicy, a w piątek na dobę swoje
samochody zatrzymali taksówkarze, bo rząd chce, by wprowadzili w swoich samochodach kasy fiskalne. W Grecji narasta strajkowy chaos.
- Będziemy kontynuowali nasz protest aż do przyszłej środy, czyli strajku generalnego - powiedział AFP Apostolos Papantonis, szef związku celników. Wtedy cały kraj może zostać sparaliżowany, bo protest organizują dwie największe centrale związkowe w Grecji skupiające w sumie 2,5 mln pracowników. Tymczasem już teraz na niektórych stacjach benzynowych z powodu strajku celników zaczęło brakować paliwa (bo
Grecja musi je importować). Do tych stacji, które sprzedawały jeszcze benzynę, w piątek ustawiały się kolejki.
Cel protestów związków zawodowych jest jasny - nie dopuścić do realizacji rządowego planu cięć budżetowych, które mają uzdrowić greckie finanse publiczne i uratować państwo przed bankructwem.
W zeszłym roku deficyt finansów publicznych w Grecji sięgnął 12,7 proc.
PKB, a
dług publiczny zbliżył się do 300 mld euro. To ponad 113 proc. greckiego PKB! Jakby tego było mało, kilka dni temu wyszło na jaw, że w 2002 r. Grecy próbowali zaniżać wartość swojego zadłużenia, wykorzystując do tego skomplikowaną inżynierię finansową. Pomógł im w tym m.in. amerykański bank inwestycyjny
Goldman Sachs. Gdy zachodnie media ujawniły sprawę, rozpętała się burza. Wyjaśnień domagają się Eurostat i Komisja Europejska. Grecki minister finansów broni się, że w tym czasie podobne operacje były legalne - do piątku do końca dnia miał przesłać w tej sprawie wyjaśnienia. Jednak te tłumaczenia mało kogo przekonują. Inwestorzy i Komisja Europejska stracili cierpliwość, bo fatalna sytuacja greckich finansów publicznych - doprawiona ujawnionymi oszustwami w statystykach - stała się zagrożeniem dla stabilności całej strefy euro.
Teraz rząd w Atenach deklaruje, że na serio zabierze się do uzdrawiania finansów publicznych. Obiecał Komisji Europejskiej, że obniży deficyt w tym roku do poziomu 8,7 proc. PKB m.in. poprzez obniżki pensji w sektorze publicznym czy podwyżki niektórych podatków. Do połowy marca musi udowodnić, że jego działania odnoszą skutek.
Grecki rząd nie ma wyboru. Dotychczasowy spadek wiarygodności Grecji spowodował już gwałtowny wzrost kosztów pożyczania pieniędzy na rynku. Oprocentowanie greckich obligacji jest o 3 pkt proc. wyższe niż niemieckich. A przecież tylko w tym roku Grecja musi wyemitować i sprzedać obligacje warte 53 mld euro, z czego 20 mld euro jeszcze w kwietniu i maju. Grecja nie ma wyjścia, musi polepszyć swoje rynkowe notowania.
Tym bardziej że grecki rząd upiera się, że z kłopotami poradzi sobie sam. I że nie będzie potrzebował awaryjnych pożyczek od innych państw strefy euro. - Nie prosimy o pomoc finansową - deklarował wczoraj w Londynie grecki premier Georgios Papandreou. - Mamy program i potrzebujemy wsparcia w jego realizacji - dodał.
Badania opinii publicznej wskazują, że aż 65 proc. greckiego społeczeństwa uważa zaciskanie pasa za niezbędne (sondaż dla niedzielnej gazety "Proto Thema").
Jednak najbardziej zagorzali związkowcy są innego zdania. - Jeśli rząd obetnie nam 14. pensję, to uznamy to za akt wypowiedzenia wojny - powiedział AP Yiannis Papagopoulos, szef związku GSEE.
Analitycy są zgodni - jeśli grecki rząd chce dotrzymać danego słowa, to nie może ulegać związkom zawodowym. We wtorek wygrał pierwszą małą bitwę. Z blokady przejścia granicznego z Bułgarią wycofali się rolnicy.