Biznes Ludzie Pieniądze

Za kulisami greckiego dramatu

Andrzej Lubowski*
23.02.2010 , aktualizacja: 24.02.2010 09:31
A A A Drukuj
Grecja stoi na skraju bankructwa, dziś czeka ją strajk generalny, bo ludzie nie chcą się godzić na drastyczne oszczędności. "Jaka piękna katastrofa" - powiedziałby Zorba.
Grecy protestują przeciwko zasadom strefy euro przed budynkiem parlamentu w Atenach.
Fot. YIORGOS KARAHALIS REUTERS
Grecy protestują przeciwko zasadom strefy euro przed budynkiem parlamentu w Atenach.
Nigdy grecka tragedia nie miała tak licznej jak dziś widowni. Bo nigdy dotąd interesy finansowe równie wielu nie zależały od tego, co stanie się w Atenach. Grecja jest winna światu ponad 300 mld dol. Blisko 30 mld spłat przypada na kwiecień i maj. Wierzyciele to największe banki i jeśli Grecy nie znajdą sposobu na spłatę długu, odczuje to cały świat.

Temu, co dzieje się na południowych obrzeżach kontynentu, Unia przygląda się z niepokojem, a nierzadko z oburzeniem. Nawarzyła sobie piwa, otwierając drzwi do unii monetarnej krajowi, który nie był, jak się okazuje, do tego przygotowany. Na jaw wychodzą też wątpliwe praktyki firm z Wall Street.

Kłamstwa, wierutne kłamstwa i greckie statystyki - to sformułowanie zaczęło krążyć w kręgach nie tylko polityki i gospodarki na wiadomość o tym, że deficyt budżetu Grecji to nie 3,7 proc. PKB, jak mówił poprzedni rząd, ale 12,7 proc. O tym, że Grecy fałszują statystyki, wiedziano w UE od dawna, ale mało kto zdawał sobie sprawę na jaką skalę.

Strajki i unikanie podatków

Grecka tragedia ma proste podłoże - życie ponad stan. Kraj zadłużył się na potęgę, i to nie z dnia na dzień. Premier Jeorios Papandreu, socjolog, woli mówić o deficycie wiarygodności niż o budżetowym. To jego ojciec Andreas Papandreu przewodził rządowi, który z jednej strony zasłużył się reformami społecznymi, z drugiej w latach 80. wprowadził kraj na tory szybkiej akumulacji długu. Ogromna, niekompetentna biurokracja regularnie domagała się znacznych podwyżek - i otrzymywała je. Rządy, niezależnie od barw, nie miały odwagi, by się im przeciwstawić. Powstał szczodry system przywilejów socjalnych, nieprzystający do potencjału gospodarczego i stopnia zamożności państwa.

Gdy w 1985 r. pożyczka z Brukseli uratowała rząd Andreasa Papandreu, a recepta przepisana przez Komisję została zignorowana, Grecji uszło to na sucho. Ale czasy się zmieniły. Syn musi sobie radzić z trudniejszym niż ojciec wyzwaniem - z nadwerężoną reputacją kraju uznawanego dziś za najsłabsze ogniwo strefy euro i będącego w pozycji faktycznego bankruta. Niezbędny jest pilny program sanacji finansów publicznych. Część partii rządzącej PASOK boi się zaciskania pasa. W kraju, który całkiem niedawno doświadczył najgorszych zamieszek w Europie w ostatnich latach, pokój społeczny jest wciąż kruchy. Wybuch może nadejść raczej ze strony ultralewicy lub sfrustrowanej bezrobotnej młodzieży niż związkowców czy opozycji. Za poprzednich rządów znacznie wzrosło rozwarstwienie majątkowe i około 20 proc. Greków żyje poniżej unijnej granicy ubóstwa. PASOK doszedł do władzy, obiecując więcej ochrony najsłabszym. Papandreu musi dziś odłożyć na czas nieokreślony wyborcze obietnice.

W 2009 r., jak podaje ministerstwo finansów, w sektorze publicznym zatrudniono dodatkowych 29 tys. osób, aby zastąpić 14 tys., które przeszły na emeryturę. W minionej dekadzie zarobki w sferze publicznej się podwoiły. Nauczyciel szkoły średniej popiera socjalistyczny rząd, ale strajkuje. Walczy o 2300 euro emerytury, jaką dostanie, gdy skończy 60 lat.

Strajk to w Grecji niemal narodowy sport. W styczniu strajkowały prostytutki z powodu nieuczciwej, bo nieusankcjonowanej konkurencji ze strony Rosjanek, Ukrainek i przedstawicielek innych nacji Europy Wschodniej. Po nich na ulice wyszli poborcy podatkowi, nauczyciele i śmieciarze. Strajki stały się sposobem wymuszania ustępstw od rządu, który uznał, że Bruksela mu władzy nie odbierze, a gniew ludu - owszem. Związkowcy są wprawdzie ideowo bliscy rządowi, ale czują się w obowiązku ostrzec władze przed zbyt radykalnymi oszczędnościami.

Z sondaży wynika, że większość Greków popiera np. walkę z kantami podatkowymi. Ale nastroje szybko mogą się zmienić. Mniej entuzjazmu wzbudzają plany podniesienia wieku emerytalnego - średnio z 58 do 63 lat. Rząd ogłosił też zmiany w systemie podatkowym. Najwyższa stawka, 40 proc., ma objąć dochody powyżej 60 tys. euro rocznie (dziś dotyczy tylko dochodów powyżej 75 tys.). Ale przyjęcie reform to jedno, a ich realizacja to co innego, zważywszy na powszechną korupcję w fiskusie. Na początek trzeba skłonić obywateli do w miarę uczciwego deklarowania dochodów. Dziś 95 proc. deklaruje roczne dochody poniżej 30 tys. euro, co ma się nijak do rzeczywistej sytuacji klasy średniej. Mówi się o zaostrzeniu wymagań co do dokumentacji wydatków, ale cynicy już przewidują boom na lewe zaświadczenia dla fiskusa.

W języku greckim oczywiście istnieje słowo "podatek" - brzmi ono "foros". Ale Grecy, mówiąc o podatkach, często używają tureckiego słowa "haratzi". Choć Turków wyparto z ostatnich skrawków greckiego terytorium w 1913 roku (jeśli zostawić na boku Cypr), to wielu Greków ciągle postrzega rząd jako ciało obce, a unikanie podatków uważa niemal za akt patriotyzmu.

Z Grecją na jednym wózku

Grecja nie poradzi sobie bez pomocy Europy. Ale zanim Europa pomoże, chce wymusić na Atenach jak najwięcej konkretów i gwarancji. Sama idea pomocy budzi mieszane uczucia. Grecki kryzys uzmysławia podatnikom i wyborcom wszystkich krajów Unii, że współzależność ich losów z losami reszty UE jest większa, niż politycy byli skłonni to przyznać, gdy tworzono, mimo silnych w niektórych krajach głosów protestu, unię monetarną.

Na szczycie w Maastricht w 1992 r., kiedy zapadały decyzje o stworzeniu strefy euro, Niemcy zrezygnowały ze swego długo powtarzanego żądania, by unii monetarnej towarzyszyła unia fiskalna. Przyjęto jedynie tzw. pakt stabilności i wzrostu, który z perspektywy czasu zdaniem jednych okazał się ułomnym instrumentem dyscyplinowania polityki fiskalnej krajów członkowskich, a zdaniem surowszych sędziów - receptą na klęskę. W Maastricht wytargowano kompromis. Na jego kształt wpłynęła, co może się wydać dziwacznym zbiegiem okoliczności, sytuacja na Bałkanach. W zamian za rezygnację z idei unii fiskalnej Niemcy uzyskali od pozostałych 11 krajów członkowskich Unii m.in. zgodę na uznanie niepodległości Chorwacji i Słowenii. Jak się okazało, przypieczętowało to rozpad Jugosławii i doprowadziło do jatki w Bośni i Kosowie.

Dla Francji i Wlk. Brytanii rezygnacja z unii fiskalnej była na tyle ważna, że w zamian postanowiły złamać obietnice składane USA przed szczytem (wespół z Grecją), że Unia nie uzna niepodległości Chorwacji i Słowenii. Londyn wytargował też wyłączenie Wlk. Brytanii z unijnych regulacji socjalnych, a Grecja - obietnicę, że Unia nie uzna niepodległości Macedonii. Ówczesny minister spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher określił rolę UE w uznaniu niepodległości Chorwacji i Słowenii za największy błąd w jego karierze.

Dziś idea ratowania Grecji szczególnie silny sprzeciw społeczny budzi właśnie w Niemczech. Kanclerz Angela Merkel cierpi z powodu Aten na podwójny ból głowy. Po pierwsze, w przeciwieństwie do prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego i brytyjskiego premiera Gordona Browna niemiecka kanclerz twierdziła, że kryzys to sprawa Ameryki, Europa się wybroni i nie potrzeba jej programu stymulacji gospodarki. Dziś w gospodarce USA, choć nadal rachitycznej i bez śladów poprawy na rynku pracy, widać oznaki ożywienia, a gospodarka Niemiec stoi.

Po drugie, Niemcy mają za sobą kilka lat zaciskania pasa, cięć w systemie socjalnym, zwłaszcza w pomocy dla bezrobotnych, wydłużania wieku emerytalnego, i w tej sytuacji pomysły pomocy Grekom kiepsko się sprzedają. Ostatnie badania opinii w Niemczech pokazują, że dwie trzecie społeczeństwa jest przeciwne ratowaniu Grecji, a w jednym z sondaży nawet połowa ankietowanych opowiedziała się za usunięciem Grecji z UE, jeśli jej gigantyczny dług zagrozi stabilności unii monetarnej.

Sąd konstytucyjny w Karlsruhe orzekł właśnie, że niepopularne reformy niemieckiego rynku pracy poszły być może za daleko w ograniczaniu świadczeń dla bezrobotnych. Zastępca szefa rządzącej partii chrześcijańskich demokratów w parlamencie spytał retorycznie tydzień temu, jak ma wytłumaczyć bezrobotnemu we własnym kraju, że nie ma co liczyć na dodatkową pomoc, podczas gdy niektórzy Grecy przechodzą na hojną emeryturę w wieku 63 lat. W Atenach natomiast ogromną popularnością, także wśród polityków, cieszą się teorie spiskowe - że mamy do czynienia z kolejną konspiracją, aby zdyskredytować euro, Grecję albo i jedno, i drugie.

Jak leczyć tę chorobę?

Łatwy sposób załatania gigantycznej dziury w budżecie nie istnieje. Grecki premier, który urodził się w USA, gdzie jego ojciec był profesorem ekonomii, sięgnął po intelektualne wsparcie za ocean. Sęk w tym, że ludzie, którzy mają doradzać Grekom, mają różne recepty. Joseph Stiglitz, noblista z ekonomii znany z tego, że im więcej czasu upływa od jego pracy w Banku Światowym, tym bardziej staje się lewicowy w poglądach, odradza Grekom cięcia wydatków. Drugi doradca to Gary D. Cohn, prezydent amerykańskiego banku inwestycyjnego Goldman Sachs. Jego zadanie to znalezienie chętnych na greckie obligacje. Ewentualni nabywcy oczekują rzecz jasna , że Grecja nie będzie wiecznie wydawać więcej, niż zarabia.

To właśnie Goldman Sachs pomógł greckiemu rządowi ukryć przed inwestorami, regulatorami i UE rzeczywiste rozmiary zadłużenia. Znalazł sposób, by to, co jest pożyczką, zyskało inną etykietkę i za dług nie zostało uznane. Istota tych operacji, którym nadano imiona greckich bogów, sprowadzała się do dostarczania rządowi gotówki w zamian za przyszłe wpływy z takich źródeł jak loteria czy opłaty lotniskowe. Tych przyszłych zobowiązań oficjalnie nie rejestrowano, dlatego zadłużenie kraju było sztucznie zaniżane. W listopadzie 2009 r., trzy miesiące przed tym, gdy Ateny stały się epicentrum kolejnego trzęsienia światowych finansów, zespół bankowców z Goldman Sachs przedstawił Grekom arcytwórczy instrument, który przesunąłby w daleką przyszłość spłatę zadłużenia służby zdrowia. Tym razem Grecy się nie skusili.

"Grecja nie jest kolejną Islandią" - uspokajał inwestorów i banki grecki minister finansów. To prawda. Islandzka wpadka ma czysto ekonomiczne podłoże i dramat rozegrał się w ekspresowym tempie. Jeśli Reykjavik miał nagły atak serca, to Grecja cierpi na przewlekłą chorobę wieńcową. Deficyty mają charakter strukturalny, a przyczyny i kuracja mają głęboki wymiar polityczny. Dlatego będzie ona taka trudna. f

*Andrzej Lubowski jest ekonomistą i publicystą, na stałe mieszka w USA

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów